Archiwum kategorii: Dom

Przeprowadzkowa Madonna w lustrze

No i przeprowadzka na wieś rozwałkowana na pięć miesięcy dzięki ograniczeniom pandemii szczęśliwie dobiega końca. To ja, przeprowadzkowa Madonna na ostatnim etapie zamykania mojego krakowskiego życia przed wyprowadzką do domu na wsi. Ten ostatni etap odbył się wczoraj i zakończył nowiem księżyca. Przypadek? Pewnie nie. Dzisiaj nad ranem śniło mi się, że patrzę na błyszczący nóż. Nie było w tym śnie lęku, była pewność, pewność, że przemiana dobiega końca.


Jak dokonuje się zmiana?
Ile trwa?
Jak zacząć, kiedy zacząć?
Skąd będę wiedzieć, że to jest to na co czekałam?
Czy nie utonę w otchłani błędów i zwątpień? Czy warto?
Tyle razy zadawałam sobie te pytania zanim po prostu nie zaczęłam. I tyle razy słyszę te pytania od was.

Czy warto szukać?
No pewnie!
I nie ma jednej poprawnej drogi do przemiany naszego życia tak, aby było bardziej spełnione, szczęśliwsze, zdrowsze. Nie ma jednego dobrego czasu. Niektórzy odcinają nożem w ciągu miesiąca, niektórym tak jak mnie zajmuje to ze sześć lat. Łudzę się, że dzięki temu ta zmiana będzie stabilniejsza. Chociaż czym jest stabilność w dzisiejszym świecie…

Jeżeli myślicie czy zmienić i co zmienić dużego, żeby w końcu było lepiej, to w sumie najlepiej zacząć od drobiazgów nie odkładając na później swoich niewielkich marzeń jak malowanie, zbieranie ziół, czy kaligrafia. Nie myśleć, czy sobie poradzę z realizacją wielkich zmian, czy może bezpieczniej jest zamknąć się w swoim pokoju i czuć się może niezbyt dobrze, ale przynajmniej bezpiecznie.

Czy zmieniać swoje życie?
Jak zmieniać?
Najczęściej jeżeli naprawdę boli, to wiemy co chcemy zmienić. Ale najczęściej boli średnio, albo wydaje nam się, że ten straszny ból istnienia jest w sumie nie taki straszny, bo już się do niego przyzwyczailiśmy. Wtedy właśnie często ciało wysyła bardzo silny sygnał. Im bardziej tłumimy ból, tym silniejszy jest sygnał. A więc zamiast koncentrować siły na tłumieniu, na zgadzaniu się z innymi, że nasze życie jest w sumie ok, więc nie ma co zmieniać – szukajmy.

Czytaj dalej

Permakultura na balkonie ? Po prostu zacznij!

Wiem, czasy są niepewne, nie wiadomo w którą stronę w zmieniającym się świecie skierować swój wysiłek twórczy, poszukiwania naukowe, no i domowe zainteresowania. Ale w czasach kiedy dom stał się nagle centrum naszego wszechświata, polecam wam poszukiwanie związku z naturą we własnym otoczeniu: w domowym biurze, na parapecie w salonie, na mało inspirującym do tej pory balkonie, na tarasie, czy w ogrodzie, który do tej pory kosił się sam. Popatrzcie teraz na swoje otoczenie, w którym spędzacie tak dużo czasu. Niektórzy przymusowo, a niektórzy z introwertyczną przyjemnością. Zobaczcie w nim część własnego życia, część własnej przestrzeni, na którą możecie wpływać, aby wiosną stawała się z dnia na dzień piękniejsza i pełna życia.

Barwinek, piękny, zielony w zimie, bardzo łatwy w uprawie

Jesteśmy częścią przyrody i ona ładuje nas na wiosnę swoją wznoszącą energią. W opozycji do rzeczywistości telewizyjnej, jakże ubogiej i pełnej lęku. To, którą rzeczywistość wybieramy w dużym stopniu zależy od nas. Nie byłabym sobą gdybym nie rzuciła tu hasła do działania na rzecz wiosennej przyrody. Tak! Wiosna to świetny moment, żeby się zainspirować permakulturą. Bo permakultura to szereg intuicyjnych przecież zasad, które wprowadzane stopniowo w życiu przenoszą nas w ten świat rosnącej energii i bycia w zgodzie z przyrodą. Bo permakultura to coś, o czym nie tylko czyta się i pisze. Projektowanie permakulturowe otaczającej przestrzeni bliższej i dalszej to łatwe do wprowadzenia w życie działania praktyczne, w wyniku których coś powstaje. Konkret. Nowe życie.

Przyroda właśnie zbiera się do kiełkowania, pączkowania, zielenienia. Zupełnie inna ta wiosna niż dotychczas. Zostawione samopas parki i aleje nagle przytłaczają ilością kwiatów, których nikt nie może podziwiać. Na łąkach łanie i jelenie pasą się stadami, tylko przelotnie rzucając okiem na ludzkich podglądaczy. NIezwyciężone dziki właśnie zaczynają bez obciachu ryć tam gdzie absolutnie nie powinny. A na parapecie? Fikus i paprota smutno patrzą i proszą o dodanie nowej ziemi i częstsze wiosenne podlewanie. Na balkonie? Aż prosi się, aby pojawiły się kiełki, listki i kwiaty, dajcie im w tym roku więcej mocy i energii niż dawniej!

Permakultura to sposób uprawy ziemi, który buduje i wzmacnia życiodajną glebę, a przez to czyni zdrowszymi zboża, warzywa i owoce, które jemy. A to w opozycji do chemicznie zaprawionej monokultury (jedno zboże, tysiąc hektarów, ubożejąca gleba, osłabione przez modyfikację rośliny uprawne). Uprawa w większej skali zgodna z zasadami permakultury mogłaby znacząco ograniczyć emisję dwutlenku węgla do atmosfery, a przez to zaczęłaby chłodzić przegrzewającą się planetę. A to tylko jedna z zalet tego rozwiązania. A w skali własnego balkonu i ogródka? Tutaj możemy zacząć uczyć się i lepiej zrozumieć jak powstaje zrównoważona żywność, bioróżnorodność, a jednocześnie jak mógłby wyglądać stabilny, odżywczy mikroklimat naszego życia. Zrozumieć znaczy uwierzyć, że można lepiej, prościej i zdrowiej. I do tego was bardzo zachęcam tą wiosną. Stąd wydarzenie online (uwaga autoreklama), w trakcie którego już za parę dni opowiem więcej o tym jak zacząć u siebie nawet malutką uprawę permakulturową i dlaczego permakultura super jest: Kiełkująca permakultura w maju.

A teraz trochę o balkonowej uprawie, na przykładzie dwóch wybranych zasad projektowania permakulturowego. Ogólne zasady permakultury, to troska o ludzi, troska o Ziemię i sprawiedliwy podział tego, co Ziemia rodzi dla ludzi. Ale tych zasad projektowych jest więcej. Opiszę dwie z nich w kontekście tego, co na balkonie, na tarasie lub na grządkach ogrodowych.

Czytaj dalej

Praktyka mocy w trudnych czasach

W tych wymagających czasach ogólnoświatowej kwarantanny i czającego się gdzieś na horyzoncie kryzysu gospodarczego mam potrzebę wpisu bardzo praktycznego. Nie będę się wyróżniać medytacyjnie i jako wsparcie emocjonalne, ponieważ tak jak wszyscy przeżywam momenty smutku, lęku i chaosu życiowego. Uważam, że trzeba przeżyć te uczucia, nie uciekać od nich. Ochrona medytacyjna jest nam w tej chwili bardzo potrzebna i warto znaleźć swojego medytacyjnego mentora lub mentorkę i ich się trzymać. Ale medytacja to tylko jeden aspekt radzenia sobie z obecnym natłokiem wydarzeń, emocji, a czasem po prostu bezsilnego siedzenia w jednym miejscu.

Starajmy się w tym wszystkim dbać o rozwój swojej świadomosci i o przemianę kierunku praktycznych działań, które na co dzień podejmujemy. Jednym z takich kierunków działań może być powrót do bazy, czyli powrót do pracy z ziemią. My na przykład staramy się teraz rozwijać uprawę, aby zwiększyć swoją samowystarczalność żywieniową. Chcemy też zbudować szklarnię, aby sobie pomóc w rozbudowie upraw. Budynek gospodarczy będziemy przystosowywać do magazynowania żywności i przetworów. Zakładamy, że warto w trudnych czasach przemyśleć uprawę i przetwórstwo w taki sposób, żeby ogród nie tylko powalał nas swoim pięknem, bioróżnorodnością i bogactwem metod permakulturowych. Ale też aby była dla nas ochroną przed pogarszającą się jakością i ilością zdrowej żywności dostępnej w handlu.

A więc wam też jednostronnie doradzam: pobądźcie ze swoim lękiem i smutkiem, ale poszukajcie jasnych stron w zmieniającym się świecie i rozwijajcie swój świat ogrodowy: na balkonie, na tarasie, na działce i w gospodarstwie. Oderwijmy się od tefauenów i katastroficznych seriali ładujących nas epokowym lękiem. I poszukujemy mocy w pracy z ziemią. A jeżeli już absolutnie dotknięcie ziemi jest nie dla was, przemyślcie swoje decyzje konsumenckie i biznesowe pod kątem wsparcia łańcucha dostaw zdrowej żywności. Chodzi mi o wsparcie małych lokalnych gospodarstw rolnych, dostawców przekazujących ich produkty do miast, i o detalistów, małe rodzinne stoiska sprzedające od kilkudziesięciu lat warzywa na ciągle tym samym targu. Chodzi mi też o restauratorów zaopatrujących się bezpośrednio u lokalnych polskich producentów. Każdy z elementów tego łańcucha ryzykuje w tej chwili starcie z korporacyjnym biznesem, z wielkimi sieciami detalicznymi, które mają znacznie większe szanse przetrwania jakiegokolwiek kryzysu. Tylko nasze wsparcie i nacisk jako konsumentów może nakłonić państwo do wsparcia tych ogniw zaopatrywania nas w zdrową żywność. Sprawnie działająca lokalna produkcja rolna to nasza suwerenność żywnościowa. A więc podaję trochę moich propozycji co robić, aby dać światu w tej chwili trochę mocy, a sobie ująć trochę lęku.

Czytaj dalej

Gospodarstwo permakulturowe: wiara i wiedza

Taką miałam myśl wczoraj, że czasem my, permakulturyści i permakulturystki mamy momenty niewiary, że to możliwe. Że naprawdę można stworzyć regeneratywny ogród, który będzie sam się nawoził, dawał nam nadmiar owoców i warzyw i do tego będzie świadczył dodatkowe usługi (cień, trawa, jeziorka, piękne kwiaty).

Mnie w wyobraźni od razu pojawiają się z podświadomości przekonania hamulcowe, bo cała wytwarzana przez media świadomość mówi, że permakultura, to idealistyczna utopia. A przecież rzeczywistość spoza mass mediów pokazuje, że jest inaczej. Na świecie jest wiele przykładów, że takie gospodarstwa i ogrody działają z sukcesem przez wiele lat.

Istnieją badania naukowe potwierdzające, że większość pożywienia dla ludzi na świecie powstaje w małych gospodarstwach, a nie w wielkoobszarowych molochach. Cytuję za wydawnictwem Nyeleni ‚Polityka na talerzu, przewodnik po agroekologii i suwerenności żywnościowej (str.17)’:

„Międzynarodowe korporacje agrobiznesowe twierdzą, że ich potęga i zyski są usprawiedliwione, ponieważ to one karmią świat i rozwiążą kryzys klimatyczny. Jednak przemysłowy system żywnościowy dostarcza żywność tylko dla 30% światowej populacji. Robi to używając ogromnego areału – 75% wszystkich gruntów rolnych. (…) Zwolennicy systemu przemysłowego twierdzą, że rolnictwo chłopskie nie jest zdolne wyżywić rosnącej światowej populacji i przerzucają na chłopów odpowiedzialność za biedę i głód, której ci doświadczają. Tym czasem drobni rolnicy, chłopi rybacy, społeczności rdzenne, robotnicy rolni, w tym kobiety i ludzie młodzi, już karmią ponad 70% światowej populacji, i robią to używając zaledwie 25% zasobów rolnych.”

Warto sobie uświadamiać te proporcje jeżeli myślimy, że się nie da. Rolnictwo prowadzone w małych społecznościach i na małych areałach, tradycyjnymi metodami jest realistyczną opcją i co więcej istniało u nas jeszcze stosunkowo niedawno. Nie musimy szukać dalekich plemiennych wzorów wśród Indian. Naprawdę wiele z tej wiedzy i umiejętności tkwi w nas samych i w naszych rodzinach, czasem wystarczy odgruzować tą wiedzę. Takie rozmowy o tym jak było dawniej są dla mnie zawsze super inspiracją. Na przykład pytam jak paliło się dawniej w piecu, albo jakie drzewka i kwiaty sadziło się dawniej w ogrodach, i od razu przypływają różne wzruszające (lub traumatyczne) wspomnienia rozmówców.

Czytaj dalej

Octy ziołowe na wiosnę

Zioła są doskonałym uzupełnieniem leczenia konwencjonalnego, ale przede wszystkim pełnią niebagatelną rolę w utrzymaniu zdrowia, w podnoszeniu odporności na co dzień. Dlatego warto inwestować w podstawową wiedzę o przetwarzaniu i stosowaniu w gospodarstwie ziół, i innych użytecznych roślin rosnących niepozornie obok nas. Świeża i zdrowa żywność, i naturalne suplementy (nalewki, octy, kiszonki, herbatki ziołowe) powinny być artykułem pierwszej potrzeby w naszym coraz mniej naturalnym środowisku. Nie zastąpi ich anonimowy fabryczny suplement będący często tworem fantazji marketingowców. Dlatego uparcie wracam do opisywania na blogu przygotowywanych przeze mnie przetworów zielarskich, a w szczególności do octów, które dla mnie okazały się prawdziwym odkryciem suplementowym.

Opisywałam już zastosowanie probiotyków domowych ogólnie, starałam się też skompilować w jednym poście podstawowe przepisy na octy domowe które stosuję u siebie. Tym razem chciałam napisać więcej o tworzeniu octów ziołowych zgodnie z porami roku na przykładzie przetworów, które przygotowuję od lutego. A więc będzie o octach wiosennych.

Ale najpierw trochę o kontekście leczenia i wzmacniania odporności na wiosnę. Wydaje mi się, że do zrozumienia tego kontekstu bardzo przydatny jest system tradycyjnej medycyny chińskiej (TCM). Staram się do niego stosować już od wielu lat, ponieważ pomaga znaleźć przyczyny dolegliwości i im przeciwdziałać lub je leczyć. Dzięki takiemu podejściu można przywracać harmonię organizmu i wzmacniać odporność, a nie niwelować efekty chorób na znacznym etapie zaawansowania. Metody TCM uważam za skuteczne, przyjazne dla organizmu i w wielu aspektach spójne z naszą europejską wiedzą zielarską, a wręcz wzbogacające jej możliwości.

Czytaj dalej

Woda to podstawa, czyli oczyszczalnia bio

„A jak u ciebie z wodą? Woda to podstawa! Bez niej nie ma zdrowego ekologicznego przetwórstwa” powiedział ostatnio jeden mój kolega, któremu roztaczałam wizje różnych super przetworów i octów z własnych upraw. Coś w tym jest, traktujemy wodę, jak coś co było jest i będzie, a tak naprawdę w dzisiejszych czasach woda to dobro coraz bardziej luksusowe – i jako takie powinna być traktowana. Jednym z głównych celów stosowania technik permakulturowych jest właśnie optymalne wykorzystanie w gospodarstwie wody – począwszy od grubego ściółkowania gleby i zbierania deszczówki, a skończywszy na zaawansowanych systemach oczyszczania ścieków, a nawet toaletach kompostowych.

I w ten nurt przyjaznego traktowania wody wpisuje się przemiana, która właśnie dokonała się w Kompostelli, a mianowicie: instalacja przydomowej oczyszczalni ścieków, a przy okazji przerobienie starego szamba na znaczącej wielkości zbiornik deszczówki. Obie inwestycje długo oczekiwane, a dające skokową zmianę w naszym życiu codziennym.

img_7510

Na terenie gospodarstwa zainstalowana została  mechaniczno-biologiczna oczyszczalnia firmy Delfin z rozprowadzaniem uzdatnionej wody do gruntu poprzez studnię chłonną – zaawansowane technologicznie, a ukryte pod ziemią cudo. A wszystko dzięki ambitnemu projektowi Gminy Łopuszno, czyli zrealizowanemu w oparciu finansowanie z Unii Europejskiej programowi wymiany starych szamb na eko-oczyszczalnie w okolicznych wsiach i przysiółkach, w których doprowadzenie kanalizacji okazało się nierealne. Trochę stresu było, bo długo trwało oczekiwanie i procedury przygotowawcze, a potem nagle w ciągu dwóch dni cały teren został wywrócony do góry nogami (działka jest podłużna i instalacja zajęła znaczącą jej część), ale efekt był wart tych turbulencji.

Ścieki są oczyszczane w trójkomorowym (uwaga) reaktorze biologicznym z funkcją napowietrzania. Jego rolą jest w zasadzie zapewnienie godnego życia bakteriom pracującym nad niwelowaniem ścieków. System pracy tego nieustannie aktywnego złoża biologicznego pozwala na osiągnięcie na tyle wysokiego stopnia czystości pozostałej wody, że może być ona odprowadzana bezpośrednio do studni chłonnej z drenażem. Żwirowy drenaż jest dość głęboki, więc wolno rozprowadzana przez niego woda powinna ulegać dodatkowemu oczyszczaniu w gruncie.  Czytaj dalej

Czas na octy lecznicze

Przednówek. Można go przeczekać martwiąc się, że za rogiem czeka ostatni zimowy wirus lub bakteria, albo zadbać o odporność aplikując sobie szczepionkę naturalną, czyli coś z przetworów fermentowanych takich jak kiszonki, nalewki, czy też octy naturalne. Fermentacja znana w medycynie i kuchni od wieków sprawia, że warzywa, owoce lub zioła zostają zakonserwowane tak, że ich odżywcza i lecznicza moc nie słabnie z czasem.

I tu gładko przechodzimy do pasji mojej codziennej już od roku, czyli do tworzenia octów kulinarnych i leczniczych. Główna inspiracja to Octy Lileusza, o których pisałam już we wpisie o naturalnych probiotykach. Po roku mogę potwierdzić, że moc działania octów leczniczych, które przygotowuję na bazie przepisów Lilii jak najbardziej sprawdza się w praktyce. Warsztaty prowadzone tej zimy przez Octy Lileusza tylko wzmocniły moją motywację.  Przynajmniej w przypadku moim i mojej rodziny wpływ octów domowych na odporność jest zauważalny, a dodatkowo ten smak…

img_5334

Dla porządku trochę informacji ogólnych. Ocet jako probiotyk działa ‚na wszystko’, to znaczy wzmacnia odporność przeciwdziałając przez to chorobom. Zawiera tonę witamin i mikroelementów jak np. potas i sód, magnez, fluor, chlor, żelazo, miedź, fosfor, krzem, witaminę A, witaminy z grupy B, C, E, P i beta-karoten. Jego rolą jest przede wszystkim odbudowa flory bakteryjnej, co wpływa korzystnie na układ trawienny. Ma działanie przeciwzapalne i przeciwgrzybicze. Poprawia stan naczyń krwionośnych, obniża poziom glukozy we krwi. Można by długo wymieniać, ale mówiąc w skrócie: to naprawdę złoto w płynie jest. Należy pić w lemoniadkach, jeść w sałatkach i używać w masowej ilości innych zastosowań, które ja dopiero powoli ogarniam. Ważne, żeby był to ocet domowy. Ocet spirytusowy, to raczej trucizna dla wątroby. Natomiast ocet ‚domowy’ ze sklepu jest najczęściej pasteryzowany, a więc pozbawiony wszystkiego, co wymieniłam powyżej.

Kompendium informacji o zasadach tworzenia octów podane w bardzo przyjaznej formie można znaleźć na stronie Octy Lileusza. Ja skupię się więc na moich własnych doświadczeniach i przetestowanych przepisach. Co ciekawe, nie trzeba zaczynać od podstaw, czyli od octu jabłkowego – ja zaczęłam od letnich truskawek, wanilii i lawendy. Ale od octu jabłkowego zaczynać warto: jest najbardziej przewidywalny, a stanowi dobrą bazę pod różne dodatki i maceraty. Doświadczenie mówi, że najważniejsze jest aby kierować się tym co samemu najbardziej się lubi i potrzebuje w danym momencie – wtedy wyjdzie najlepiej. Własna produkcja octu wymaga wysiłku i dyscypliny, bo każdy ocet ma inne wymagania i powstaje w innym tempie. Ale wielką nagrodą jest jak z tej kolorowej alchemii wyłoni się jakieś cudo smaku.

Trochę o wypróbowanych przeze mnie przepisach:

Ocet bazowy – kroję jabłka ze skórką, zalewam je wodą z cukrem (4-5 łyżek cukru na litr wody), i słój z taką zalewą odstawiam przykryty ręcznikiem papierowym na blat kuchenny. Mieszam dwa razy dziennie. Czytaj dalej

Ogień, ogniem, w ogniu

Pogoda typu zima-nie-zima sprawia, że właściwie jestem już myślami przy wiośnie. Ale nie mogę sobie odmówić opisania dotychczasowych zimowych doświadczeń z domowym ogniskiem, czyli w moim szczególnym przypadku ogniem palonym pod kuchnią kaflową i w kominku. Rozpalanie ognia w domu to oczywiście dość uciążliwa praca w przesadnym kontakcie z przyrodą (dźwiganie drewna spod wiaty na mrozie lub w deszczu, nieustające sprzątanie podłóg  z pyłu i drewna). Jednak jak już się rozpali i nagrzeje, to odpływają wszystkie życiowe troski. Żywy ogień w domu, to wyjątkowo przyjemne ciepło, hipnotyzujący płomień i delikatny zapach.

Poza tym, drewno nie jest materiałem anonimowym jak ekogroszek/pellet/gaz czy elektryczność, jego cechy łatwo rozróżnić zależnie od gatunku, a historię każdej partii możemy poznać rozmawiając z dostawcą. Oczywiście mowa o dostawcach lokalnych, bo robię wszystko, żeby kupować lokalnie a nie w marketach czy na stacjach benzynowych. Rozpałka powstaje we własnym zakresie dzięki pracom ogrodowym. Zawsze trochę gałęzi zostaje po różnych przecinkach (lub działalności bobrów), a ostatnio po przymusowej akcji podcinania drzew pod kablami elektrycznymi biegnącymi przez okolicę.

IMG_2840

A więc trochę moich doświadczeń z dostawcami, gatunkami i metodami przechowywania drewna.

Dostawcy:

Drewno kominkowe można pozyskiwać lokalnie z tartaków, ale według mnie warto nawiązać współpracę z małymi firmami, które w ramach zleceń od miejscowego nad/leśnictwa prowadzą tak zwany samo-wyrób drewna [dużo ciekawych informacji o drewnie jako materiale i o metodach wyrębu znalazłam na Blogu leśniczego]. Samo-wyrób prowadzą zespoły zbierające drobniejsze fragmenty ściętych drzew nieprzydatnych do masowej produkcji. Często są to rodziny  mieszkające blisko lasu. Oferują dobry materiał po niewygórowanych cenach. Drewno z tartaku jest może grubsze, równiej pocięte i bardziej powtarzalne, ale drewno zróżnicowane ma swój niepowtarzalny urok, a pali się równie dobrze. Dodatkowo, tartaki zazwyczaj przyspieszają suszenie maszynowo (komora z termoobiegiem powietrza). Zdarzyło mi się niby-suszone drewno z tartaku, które nie było dosuszone wystarczająco do celów kominkowych. Drewno suszone naturalnie to jednak inna jakość.

Tak więc polecam.  Stosując ‚drobnicę’ z samo-wyrobu drewna wspieramy miejscowy biznesik, no i mamy bezpośredni kontakt z lokalnym drewnem i z lokalnym lasem.

Składowanie:

Drewno kominkowe musi najpierw wyschnąć z około 50-70% wody w ściętym drzewie, do ok. 15-20% w drewnie sezonowanym. Czas schnięcia jest zróżnicowany dla różnych gatunków. Wydaje się, że dla ‚drobnicy’, którą kupuję, pół roku jest wystarczające – część i tak leży drugie pół roku zanim zostaje spalona pod koniec zimy. Ważne jest składowanie drewna pod dachem, w przewiewnym miejscu. Czytaj dalej

Kompost na TAK

Czym byłby blog Kompostella bez wpisu o podstawach praktycznych kompostowania. Niby dużo jest w internecie i różnych wydawnictwach opisów kompostowania, ale pamiętam, że w początkowej fazie tytłania się w ziemi rolnej miałam duże wątpliwości co i jak. Na pewno wynikało to z nieznajomości natury ogrodnictwa – mieszkaniec bloku zbierający kompost (tak, osoby segregujące śmieci też przykładają się do kompostowania) nie widzi początku i końca procesu uprawy ziemi. Stąd mniejsze zrozumienie znaczenia kompostu jako elementu segregacji odpadów.

Już pierwsze lato w gospodarstwie uświadomiło mi, że kompostu zbiera się na co dzień naprawdę dużo (gł. trawa, gałęzie i odpadki kuchenne) i że przetworzona biomasa powstaje z niego bardzo szybko: już po kilku miesiącach można jej używać do ściółkowania roślin, a po roku to już prawie pełnowartościowa ziemia. A taka ziemia daje potem zdrowe i odporne na szkodniki rośliny uprawne, bez potrzeby wspomagania ich chemią.

A przy okazji,  będąc początkującym rolnikiem zamarzyło mi się zostanie też początkującym infografikiem. Oto i infografika kompostologiczna na TAK, czyli o tym co można i należy zbierać na kompost – mowa o kompoście z wyłączeniem obornika, czyli odchodów zwierząt:

kompost co i jak

I praktyczny komentarz niegraficzny: Czytaj dalej

Probiotyki na wszystko

W czasach kiedy probiotyk i suplement kojarzy się ze sterylnymi pastylkami i z tym, że ktoś wie coś lepiej od nas i jeszcze zamęczy nas w tej sprawie reklamami, warto wiedzieć, że dostęp do probiotyków jest tani i powszechny, a ich wykorzystanie znacznie szersze niż medycyna. Po pierwsze zaczynamy od siebie, a potem tą magiczną wiedzę rozciągamy na zwierzęta i rośliny.

Jablka2

Probiotyki, czyli konglomeraty bakterii poprawiające pracę organizmu i wzmacniające odporność na choroby znajdują się przede wszystkim w kiszonkach i innych potrawach podlegających procesowi fermentacji. Można je jeść codziennie i w dowolnych ilościach nie szkodząc sobie ani środowisku. A ich smakowitość i zdrowotność potwierdza nasza wielowiekowa tradycja kulinarna. Główne zalety pokarmów zawierających probiotyki to:
– wspieranie walki organizmu ze stanami zapalnymi
– dostarczanie witamin, absorbowanie minerałów, eliminowanie toksyn
– przeciwdziałanie alergiom, wahaniom hormonalnym i wielu innym schorzeniom cywilizacyjnym
– bardzo niska kaloryczność

Moje ulubione probiotyki to: zakwas buraczany i sałatka z kapusty kiszonej (z koperkiem, świeżym olejem lnianym i czosnkiem). Ale ostatnio dzięki wyjątkowo apetycznemu i pisanemu z pasją blogowi Octy Lileusza odkryłam też octy owocowo-ziołowe. Różnorodność smaków i elementów, które można tu samemu komponować jest zachwycająca. Moje pierwsze podejście, to ocet jabłkowy z dodatkiem kawałków cytryny, imbiru, kopru włoskiego i lawendy.

Raz nabytą wiedzę o probiotykach można (i należy) przełożyć na braci mniejszych i środowisko, w którym żyjemy. Czytaj dalej