Archiwa tagu: ściółkowanie

Projekt ogniskowy

Projekt mojego ogrodu ewoluuje w tempie i kolejności wynikającej często z posiadanego materiału ściółkowego. Od kiedy odkryłam, że trawnik rośnie znacznie lepiej, jeżeli ściętą trawę zostawi się na miejscu koszenia, nie mam już takich wielkich hałd siana jak dawniej. Mała ilość siana zasadniczo spowalnia proces kompostowania, a więc przy zwiększającej się uprawie potrzebuję coraz większego zasilania z zewnątrz. Co więcej, nie mam rębaka do tworzenia zrębek. Zdobycie rębaka wymagałoby wyprawy do wypożyczalni i solidnego przygotowania odpowiedniej ilości materiału do cięcia na cały dzień pracy, o ekipie nie wspomnę. Ze względu na dużą ilość niewiadomych i przewidywany wysiłek organizacyjny, temat rębaka ciągle czeka na lepsze czasy.

W tej sytuacji projektując nowe fragmenty ogrodu cały czas kombinuję z pozyskiwaniem sprawdzonego materiału z okolicy (zrębki z tartaków, siano z nieużytków, obornik od drobiu biegającego swobodnie). Nie idzie mi to bardzo sprawnie: mało czasu i możliwości transportowych. Staram się nie robić nic na siłę, w końcu permakultura to nie walka z niewidzialnym przeciwnikiem. Ale jak już pojawi się jakiś sensowny materiał ściółkowy na mojej drodze, to rzucam się jak wygłodniały wilk. I tak tej zimy namierzyłam tartak z duża ilością zbywających zrębek sosnowych. Wiem, sosna zakwasza glebę, ale stwierdziłam, że przecież gleba u mnie i tak jest raczej kwaśna, a zawsze w przyszłości można popracować nad zmniejszeniem kwasowości. Nie było co się wiele zastanawiać. Wzięłam 5 metrów zrębek na początek z możliwością ciągu dalszego.

Duża ilość zrębek sosnowych najlepiej pasowała mi do zadarnienia brzegów łączki ogniskowej, czyli głównej części rekreacyjnej całego ogrodu. Jest to duży trawnik otoczony drzewami od strony sąsiadów i tujami od strony pól. Poszłam na całość i zaprojektowałam urocze faliste obrzeża w obrębie całego tego terenu. Po ich zadarnieniu, wiosną przyjdzie pora na obsadzenie okolicy nowymi roślinami, oczywiście zgodnie z zasadami permakultury, a w szczególności z moją ulubioną: zasadą trzech funkcji.

Zasada trzech funkcji oznacza, że każdy element ogrodu, czy też każda roślina powinna pełnić w nim przynajmniej trzy funkcje. Dzięki tej zasadzie ogród nie jest tylko nagromadzeniem krzewów, bylin i traw ładnie wyglądających w różnych płaszczyznach. Ogród nabiera spójności, wewnętrznego ‚sensu’, a plątający się w tysiącach możliwości ogrodnik ma szansę odrzucić przynajmniej połowę pomysłów już na etapie wstępnych szaleńczych wizji. Przez funkcje w permakulturze rozumiemy pożytki z roślin uprawnych, ale też wzajemne korzyści wynikające z sąsiedztwa pomiędzy roślinami. Funkcją jest też piękno, dzięki czemu nie boimy się wybierać tego, co naprawdę lubimy i chcielibyśmy zobaczyć u siebie. Piękno jako funkcja – tylko piękny umysł mógł stworzyć taki koncept.

Główne cele projektu ogniskowego:

  • zmniejszenie powierzchni do koszenia,
  • zatrzymywanie wody deszczowej poprzez zadarnianie powierzchni wzdłuż poziomic (na ile to możliwe),
  • wprowadzanie jak najdłuższych linii brzegowych poprzez meandrujące koliście obrzeża,
  • dodanie do ogrodu roślin, które lubię i chciałabym móc wykorzystać w przetworach, miksturach i kosmetykach (zioła, kwiaty, owoce),
  • zwiększenie ilości roślin miododajnych i lubianych przez ptaszyska,
  • i co niemniej ważne, stworzenie bardziej kameralnej atmosfery wypoczynku niż na otwartej, prostokątnej łączce.
Czytaj dalej
Reklamy

Permażniwa 2018

To już październik ? Dożynki już w odległej przeszłości, a ja tu jeszcze ciągle myślami przy żniwach. Trudno, czas leci, a żniwa od strony gospodarki permakulturowej podsumować trzeba, chociażby po to, żeby porównać kiedyś ze sobą kolejne lata upraw.

img_7554

Zaczęłam w zeszłym roku od wpisu PermaŻniwa, tegoroczne spostrzeżenia przedstawiam poniżej. Na początek skrót najważniejszych obserwacji:

  • Jednym z głównych celów praktycznych wprowadzenia ściółkowania było dla mnie ograniczenie regularnego podlewania. Z tej perspektywy mogę powiedzieć że susza w tym roku może trochę była, ale roślinom uprawianym w ściółce właściwie nie dała się we znaki.
  • Plony wyszły bogate w porównaniu do zeszłego roku. Byłoby miło, gdyby panował w nich większy porządek i przewidywalność, no ale najwyraźniej wiele się jeszcze w tej dziedzinie muszę nauczyć.
  • Zdecydowanie zaskoczyły mnie różne gwałtowne plagi szkodników, których tu wcześniej nie było – przede wszystkim stonka i żarłoczne ślimaki. Albo przyciąga je niezbilansowana jeszcze uprawa ściółkowa bez chemii, albo ‚taki rok’. Duże pole do nauki ekologicznych metod ochrony roślin.

Tyle w telegraficznym skrócie. A teraz dłuższa wersja dla zainteresowanych (i dla mnie na pamiątkę).

Susza i gospodarowanie wodą

Ze względu na stale zwiększający się areał nie do końca panuję (chociaż bym chciała) nad losem pojedynczych roślinek. Podlewanie deszczówką było z konieczności trochę bardziej losowe niż w zeszłym roku: czasem kilka razy w tygodniu, czasem raz na dwa tygodnie, bez szczególnej konsekwencji. Staraliśmy się przynajmniej nie zapominać o podlewaniu sadzonek, ale w sumie też nie miały lekko. I mogę potwierdzić, że rośliny grubo ściółkowane są zdecydowanie bardziej odporne na suszę, poradziły sobie w takich warunkach bez problemu. Pojedyncze krzewy owocowe i zadarnione brzegi trawnika nie są jeszcze grubo ściółkowane, stąd widzę jaka jest różnica: w trakcie bardziej suchych tygodni, liście miały ewidentnie bardziej zwinięte a nawet pożółkłe.

Czytaj dalej

Grządka permakulturowa – jak NIE plewić

Pielenie grządek. Czy jest ktokolwiek kto powie: Tak, kocham być ogrodnikiem / ogrodniczką, mogę sobie nareszcie siąść/stanąć/klęknąć i godzinami plewić grządki! Te wspomnienia z dzieciństwa, kiedy się pomagało na upale pielić przydomowy ogródek lub działkę znajomych – no nie, nigdy więcej. Nie ma tu mowy o medytacyjnych uniesieniach czy też zachwytach nad sprawnie wykonaną pracą. Aspekt towarzyski w niewielkim tylko stopniu rekompensuje tą niekończącą się mękę.

Myślę, że wiele osób planujących grządki permakulturowe po cichu liczy na to, że będzie różnie, ale przynajmniej plewienia będzie mniej. I nie bójmy się tego powiedzieć jasno: coś w tym jest! Nie wiem na ile dotyczy to wszystkich stosowanych metod, ale przy moich młodych jeszcze grządkach jest na razie nadspodziewanie miło. Uprawa pod ściółką powoduje, że rośliny są dość luźno zakorzenione, chwastów nie rośnie dużo, a wyciąganie ich trwa krótko i jest po prostu łatwe.

Osobiście mam tą dodatkową przypadłość ‚babki zielarki’, że chwasty budzą moją naturalną ciekawość, więc części po prostu nie wyrywam. Nie cierpię tylko wszechobecnej trawy turzyco-podobnej z bardzo długimi, opornymi korzeniami. Jeżeli o nią chodzi, to walka jest bezwzględna. Ale na przykład skrzyp traktuję przychylnie. Zakładam, że jeżeli pojawił się na jakiejś grządce, to po to, żeby pomóc roślinom swoim wzmacniającym działaniem. Daję też żyć czerwonej koniczynie, naczytałam się o jej zdrowotnych właściwościach, może z wysoko wybujałych na grządkach okazów zrobię jakieś herbatki na wyrównanie hormonów.

img_6628.jpg

Poniżej trochę moich doświadczeń z pieleniem grządek permakulturowych w podziale na rodzaje ściółki i mikroklimat miejsca, bo są pewne zauważalne różnice. Może komuś wciągającemu się w permakulturę przyda się opis tych doświadczeń na przykład przy wyborze rodzaju ściółki. Czytaj dalej

Czasem się gubię

Macie czasami taką chwilę zwątpienia wśród własnych i cudzych oczekiwań idealnego życia, spełniania marzeń, pójścia do przodu, pochłaniania nowej wiedzy itp. ? Ja na przykład, mam. I czasem są to zwątpienia permakulturowe: że przecież tyle robię, żeby dostosować dom, ogród i las do zasad zgodnego współistnienia z przyrodą. A przyroda co? Czasem zgodna, czasem nie, ale zawsze daje to odczuć.

Na przykład wiosna: piękna jest, kwiecista i owocowa, chyba nawet szpaki wspólnie z gawronami nie są w stanie przejeść wszystkich owoców, tyle ich jest na drzewach. No dobra. Ale rośliny grządkowe to już różnie: część szczęśliwa, część wcale. W tym roku duża część nasion w ogóle nie chciała mi pójść w sadzonki (słoneczniki, rzodkiewka, rabarbar, kapusta) lub karłowato rośnie i bez przekonania (pietruszka, marchewka,  czarnuszka, o pomidorach nie wspomnę). Z kolei niektóre rośliny są żywcem pożerane przez paskudztwo, którego tu nigdy wcześniej nie było: różne ślimaki, gąsienice, larwy, no i przez bardzo dobrze znajome mszyce.

img_5947

Albo następuje jakaś zmiana mikroklimatu w związku ze zmianą sposobu uprawy grządek na ‚ściółkowy’, albo rok jakiś taki zjadliwy: nawet pokrzywy, których jest masowa ilość nad bagnem są wszystkie (!) nadgryzione czyimś zębem. Może to dlatego, że robi się cieplej: luty był jak kwiecień, a maj jak lipiec. A może niedoświadczony ogrodnik ściółkuje nie tak jak należy? Czasem się po prostu gubię, więc opisałam trochę moich rozterek i zaskoczeń na NIE. Będę rozpytywać Internety i znajomych, może pojawi się ktoś kto napotkał podobne trudności i coś doradzi. A może za rok okaże się, że to był normalny etap w rozwoju tego miejsca – w końcu jak do tej pory żaden rok nie był przecież identyczny. Czytaj dalej

PermaWiosna 2018 i gildie roślinne

Wiosna w tym roku jest zachwycająca. Wilgotne przedwiośnie i ciepłe dni przez cały kwiecień i maj dały bardzo korzystne warunki rozwoju roślinom: tyle kwiatów i masowej ilości początkujących owoców to ja tu nigdy jeszcze nie widziałam. Wiele drzewek owocuje po raz pierwszy od kiedy je znam, owocują nawet dwuletnie sadzonki. Czas więc podsumować ogrodniczy trud przy sianiu i sadzeniu trochę przez analogię z zeszłorocznym wpisem PermaWiosna, czyli według grządek i ich lokalizacji. Mam nadzieję że dzięki temu nabywana wiedza i praktyka ogrodnicza nie zaginie w otchłani niepamięci.

img_6040

Przy okazji napisałam trochę więcej o tworzeniu w ogrodzie i sadzie gildii roślinnych, czyli zestawień roślin wzajemnie się wspomagających. Uważam, że zdecydowanie warto w nie zainwestować, bo to najlepsza droga do uprawy owoców i warzyw ‚bez chemii’. Samo naturalne nawożenie i spryskiwanie to jeszcze nie wszystko. Rośliny nie będą rosły chętnie w niesprzyjającym towarzystwie.

Podsumowując wykonane prace wiosenne, to przede wszystkim mam wrażenie, że było lżej niż rok temu. Pomimo znacznie większego areału (dwie nowe grządki wiklinowe i nowy pas łąki przykryty sianem) praca poszła mi sprawnie, bez zmęczenia ponad siły i bez rozrywania się na dziesięć tematów jednocześnie. Najwyraźniej dość szybko nabiera się wprawy w tworzeniu grządek permakulturowych, a przy okazji zmniejsza się lęk przed przed nowymi wyzwaniami. Ciężka praca w toku: Czytaj dalej

Ikony permakultury: Ruth Stout

Ruth Stout, amerykańska pionierka permakultury, nieprzeciętna pod każdym względem, czy też ekscentryczna, jak kto woli. Rodzice zapomnieli jej powiedzieć, że powinna być normalna i robić to co inni, i tak jak inni. Naturalną konsekwencją tego podejścia była odwaga pójścia własną drogą i w młodości i na emeryturze. Bo właśnie na emeryturze Ruth Stout odkryła dla siebie ogrodnictwo bezorkowe, czyli jak to nazywała ‚No Work Garden’. I nie była to przenośnia. Jej metoda, piękna w swojej prostocie, dała jej możliwość prowadzenia gospodarstwa bez kupowania warzyw w sklepach przy naprawdę niewielkim nakładzie pracy. I jak to w permakulturowych metodach bywa – bez orania, przekopywania, plewienia, podlewania, przesadnego dźwigania. Jakże musiała być inna od wszystkich kiedy zaczynała. Ideał wart naśladowania ? Z perspektywy kobiety na roli zdecydowanie tak.

Urodzona jeszcze w XIX wieku, dożyła 96 lat. Nigdy nie uprawiała ogrodu do 45 roku życia, a przygodę z permakulturą zaczęła koło sześćdziesiątki. Wcześniej przez kilkanaście lat czekała zawsze na przeoranie ogródka przez pomocnika, który nieustannie się spóźniał i w końcu raz nie przyjechał. To doprowadziło ją do pasji i do prostego odkrycia: jeżeli chwasty rosną same, to dlaczego mają nie rosnąć rośliny, na których nam zależy? Czytaj dalej

Trudna sztuka akceptacji

Sztuka akceptacji zmian w ogrodzie i okolicy nie jest moją mocną stroną. Życie korporacyjne nauczyło mnie jak ważna jest wytrwałość i umiejętności organizacyjne, ale akceptacja dla błędów i niedoskonałości ? No jak to, przecież zawsze można więcej, lepiej, szybciej, równiej …

Nic z tego! Ogród jest świetnym nauczycielem spokoju, rozsądku w oczekiwaniach i akceptacji dla zmian, które nie zależą od nas. Coraz częściej widzę, że obserwacja praw przyrody, ich akceptowanie, a wręcz naśladowanie przy uprawie daje znacząco lepsze efekty niż wspomagana chemią walka z nieustającym zagrożeniem.

Czosnek i róże

Staram się więc obserwować naturalny bieg rzeczy, odczytywać znaki i podążać za nimi: Źle rośnie? Wspomagać wzmacniając. Padnie? Wykorzystać na kompost, ale zaakceptować, że to może nie było właściwe miejsce i czas na tą konkretną uprawę. Rośnie jak szalone i bez opamiętania? Znaczy, że ma optymalne warunki rozwoju i daje glebie potrzebne w tym miejscu składniki.

Oczywiście nie chodzi o całkowite puszczenie na żywioł tak, aby chaszcze nas zarosły (wbrew pozorom bez kontroli dzieje się to dość szybko), ale żeby nasze pomysły co do projektu i wyboru roślin nie szły w poprzek naturalnym możliwościom danego miejsca. Oto przykłady moich ogrodniczych działań akceptacyjnych prowadzonych ze zmiennym szczęściem, ale z dużym zaangażowaniem:

Mech, dużo mchu. Zdarzało się już, że mech przejmował większe części trawnika i usuwaliśmy go wertykulatorem tak, aby oddał trochę pola zabiedzonej trawie. Najczęściej pojawiał się w miejscach typu: zbyt mało słońca, zbyt dużo wilgoci, kwaśna ziemia, a przede wszystkim, ziemia nie przykryta przez poddająca się bez walki trawę.

Staramy się więc zmienić warunki, aby ułatwić trawie życie tam gdzie jest potrzebna: zasypywać czasami dolomitem na odkwaszenie, podlewać gnojówką z pokrzyw i wysoko kosić. Wysokie koszenie znacznie poprawia odporność i zwartość trawnika, chociaż ułatwia też życie gościom takim jak koniczyna, krwawnik, mniszek lub szczaw, których przez grzeczność nie nazywam chwastami, bo przydają mi się w kuchni.

Perz na grządkach. Czytaj dalej