Archiwa tagu: trawnik

Trudna sztuka akceptacji

Sztuka akceptacji zmian w ogrodzie i okolicy nie jest moją mocną stroną. Życie korporacyjne nauczyło mnie jak ważna jest wytrwałość i umiejętności organizacyjne, ale akceptacja dla błędów i niedoskonałości ? No jak to, przecież zawsze można więcej, lepiej, szybciej, równiej …

Nic z tego! Ogród jest świetnym nauczycielem spokoju, rozsądku w oczekiwaniach i akceptacji dla zmian, które nie zależą od nas. Coraz częściej widzę, że obserwacja praw przyrody, ich akceptowanie, a wręcz naśladowanie przy uprawie daje znacząco lepsze efekty niż wspomagana chemią walka z nieustającym zagrożeniem.

Czosnek i róże

Staram się więc obserwować naturalny bieg rzeczy, odczytywać znaki i podążać za nimi: Źle rośnie? Wspomagać wzmacniając. Padnie? Wykorzystać na kompost, ale zaakceptować, że to może nie było właściwe miejsce i czas na tą konkretną uprawę. Rośnie jak szalone i bez opamiętania? Znaczy, że ma optymalne warunki rozwoju i daje glebie potrzebne w tym miejscu składniki.

Oczywiście nie chodzi o całkowite puszczenie na żywioł tak, aby chaszcze nas zarosły (wbrew pozorom bez kontroli dzieje się to dość szybko), ale żeby nasze pomysły co do projektu i wyboru roślin nie szły w poprzek naturalnym możliwościom danego miejsca. Oto przykłady moich ogrodniczych działań akceptacyjnych prowadzonych ze zmiennym szczęściem, ale z dużym zaangażowaniem:

Mech, dużo mchu. Zdarzało się już, że mech przejmował większe części trawnika i usuwaliśmy go wertykulatorem tak, aby oddał trochę pola zabiedzonej trawie. Najczęściej pojawiał się w miejscach typu: zbyt mało słońca, zbyt dużo wilgoci, kwaśna ziemia, a przede wszystkim, ziemia nie przykryta przez poddająca się bez walki trawę.

Staramy się więc zmienić warunki, aby ułatwić trawie życie tam gdzie jest potrzebna: zasypywać czasami dolomitem na odkwaszenie, podlewać gnojówką z pokrzyw i wysoko kosić. Wysokie koszenie znacznie poprawia odporność i zwartość trawnika, chociaż ułatwia też życie gościom takim jak koniczyna, krwawnik, mniszek lub szczaw, których przez grzeczność nie nazywam chwastami, bo przydają mi się w kuchni.

Perz na grządkach. Czytaj dalej

Reklamy

Jesień

Jesień przypomina rolnikom i rolniczkom o najważniejszym: ‚uprawiamy glebę, nie rośliny’. W naszym niezbyt ciepłym klimacie to właśnie jesienią troska o ziemię (albo jej brak) przejawia się najwyraźniej. Tak jak ciepłe futerko i zapasy na zimę szykują nasi bracia futerkowi, tak gleba w naturalny sposób zostaje przysypana liśćmi, igłami, gałązkami, zarośnięta mchem, a na koniec pokryta śniegiem. Wtedy już spokojnie wpada w introwertyczny etap snu zimowego i regeneracji, jako i my (jeżeli tylko damy sobie szansę) chętnie wpadamy o tej porze roku w fazę zakopania się wieczorami w domu, czytania, robienia na drutach, czy co tam kto dziwnego lubi robić.

Pierwsza z zasad permakultury, czyli ‚troska o ziemię’ na jesieni przejawia się właśnie naśladowaniem tego naturalnego procesu przez okrywanie ziemi i roślin przed zimą, wzbogacanie gleby próchnicą, powstrzymanie się od przekopywania (no-till farming). Według jednego z artykułów Permaculture Research Institute opisującego sposób tworzenia ogrodu bez orki: zasilenie gleby w ogrodzie warstwą 2-5 cm kompostu daje półroczną inwestycję w ochronę gleby.

img_5083

Koncepcję zimowego odpoczynku wspiera też nasza tradycja (chrześcijańska i pogańska) wg. której późną jesienią powinien nastąpić koniec wszelkich prac naruszających glebę. Za ten moment przejścia między latem a zimą nasi przodkowie uznawali 11 listopada („od świętego Marcina zima się zaczyna”). Zgodnie z tradycją, po tym dniu ziemia zapada w sen i powinna odpoczywać do wiosny.

Moje wysiłki związane z troską o glebę wydają się przynosić coraz lepsze efekty z roku na rok, więc na koniec jesieni ze swoistą przyjemnością przedzierałam się przez ogrodowe błotko i okrywałam co tam jeszcze było do okrycia.

A oto podsumowanie prac okrywowych wykonanych w tym roku samodzielnie lub z przyjaciółmi i rodziną: Czytaj dalej

Cześć barwinkowi

Trawnik zastałam piękny, w większości równy i intensywnie zielony po poprzednich właścicielach działki. Nie byłam mu w stanie jednak poświęcić tyle regularności i uczucia, co moi poprzednicy. Od początku kombinowałam jak zmniejszyć nakład pracy (to jednak 20 arów), a jednocześnie pozostawić jak najwięcej pięknej zieleni. Temat jest wciąż rozwojowy, ale przyszedł czas na podsumowanie pierwszego zrealizowanego pomysłu: zadarnienia ponad stu metrów (!) przestrzeni między płotem, rzędem drzew i krzewów, a rzędem lampek ogrodowych. Padło na boski barwinek:

IMG_3153

Osobiście uważam, że barwinek jest najpiękniejszy na świecie, ale mam też bardziej racjonalne argumenty za obsadzeniem nim brzegów trawnika przy płocie: jest zimozielony, niewysoki (nie oplata płotu), rośnie szybko, od razu kwitnie, jest mniej kłujący niż iglaki, a bardziej pasujący do ogrodu tradycyjnego niż dzikie wino lub bluszcz. W cieniu jest praktyczne bezobsługowy.

Sadzenia go w słońcu raczej nie polecam chyba, że chcemy, żeby gubił się wśród innych roślin. U mnie w słońcu konkuruje nieustannie z perzem, trawą i mleczami, a plewienie go nie jest łatwe – rosnąc owija się naokoło konkurentów. Na pocieszenie poza zwyczajowymi chwastami przyciągnął też szereg uroczych samosiejek (poziomki, niezapominajki, rozchodnik). Co więcej interesująco wyglądają na jego tle cebulki, które wpasowałam tu na jesieni (tulipany, czosnek). Poza barwinkiem w cieniu testuję też inne piękności za radą koleżanek ogrodniczek: poziomki, paprotki, konwalie. Dają sobie radę pomimo towarzystwa wysysających wszelkie soki brzóz.