Back to Kompostella

Taką mam dziś przedświąteczną myśl o powrocie do podstaw. Szczególnie w okolicach Świąt widać jak często narzucamy sobie cudzą wizję życia (telewizyjną, książkową albo rodzinną). Wiąże się z tym bezpośrednio wizja tego jak i gdzie należy mieszkać, pracować, jakie ciasto robić na Święta, a w przypadku niektórych z nas: jak uprawiać ziemię. Czas pandemii jest trudny i nieprzewidywalny, ale ma właśnie tą zaletę, że nagle okazuje się, że tak naprawdę nic nie trzeba, wszystko można zrobić po swojemu, inaczej niż w poprzednich latach. I co? I nic się nie dzieje.

A więc polecam: róbmy po swojemu, żyjmy po swojemu. I mówię to niekoniecznie patrząc na innych. Mówię z obserwacji siebie i swoich wyuczonych przekonań. Tyle oczekiwań, tyle pamiątek tego, co ‚wypada’, tyle rad co zrobiłby guru od medytacji, albo guru od uprawy ziemi. I co? Nic a nic. Są tam gdzieś sobie ciągle i tyle. Ale jest też intuicja, której staram się słuchać. Może pandemiczne Święta to dobry moment na obserwację swoich przekonań i wydobywanie spod nich własnego zdania, własnej intuicji?

W pracy, w domu, w kuchni, i w uprawie ogrodu: róbmy przede wszystkim po swojemu, uprawiajmy po swojemu, ściółkujmy po swojemu. Bądźmy dobrzy dla siebie i swojej intuicji, szukajmy swojej drogi, szukajmy tego co kochamy. Stąd obrazoburczy może tytuł tego wpisu (choć nieco niezrozumiały dla osób jeszcze nie zarażonych uprawą ściółkową): back-to-Kompostella. Jedna z koleżanek w permakulturze rzuciła tą frazą w trakcie rozmowy o metodach ściółkowania. I dało mi to nieźle do myślenia. Back to Kompostella: powrót do siebie, do źródeł, powrót do własnej oryginalnej metody. A zaczęło się przecież od ‚Back to Eden’.

Wielu z nas założyło swoją pierwszą uprawę ściółkowaną po obejrzeniu filmu ‚Back to Eden‚ o Paulu Gautschim, który uprawia swoje gospodarstwo metodą ściółkowania zrębkami od wielu lat i hoduje zdrowe i piękne warzywa giganty. Metoda ma w sobie coś z medytacyjnego oderwania się od ziemi, ponieważ autor zaleca modlitwę przed każdorazowym przystąpieniem do uprawy. Ale metoda jest bardzo przyziemna, daje wymierne całkiem ziemskie efekty. Przynajmniej tak to wygląda na filmie.

Podobnie z metodą Ruth Stout, która sama uprawiała ogródek warzywny dla rodziny do wieku 90 lat, a w swoich wykładach mówiła, że jej metoda to po prostu ‚more mulch’ (więcej ściółki). Nie wiemy może wszystkiego z takiego opisu metodologii, ale intuicyjnie czujemy, że jest świetna szczególnie dla słabowitych lub leniwych ogrodniczek.

Wiele internetowych dyskusji toczy się o to kto poprawnie stosuje te dwie popularne metody. Myślę, że potrzebna jest znacząca ilość wiedzy i doświadczenia, aby stosować je świadomie i zwiększyć szanse powodzenia uprawy w pierwszych latach. Ale dlaczego powstrzymywać intuicyjny zapał do rozpoczęcia uprawy bez całościowego poznania metodologii? Obserwuj i działaj, jedna z pierwszych zasad permakultury. Mnie od razu zachwyciła metoda back-to-eden, ale jestem więcej niż pewna, że początkowo zrozumiałam tylko małą część z tego, co przekazuje autor.

Dlatego moja metoda, to raczej back-to-Kompostella niż back-to-eden. Ale cóż z tego, kiedy działa. A więc i Tobie proponuję: więcej odwagi, znajdź swoją metodę, potykaj się i wstawaj, kieruj się tym co lubisz, co podpowiada ci serce na podstawie informacji, które zbierasz z książek z Internetu, z wykładów swoich permakulturowych autorytetów.

Czytaj dalej

Sponsored Post Learn from the experts: Create a successful blog with our brand new courseThe WordPress.com Blog

WordPress.com is excited to announce our newest offering: a course just for beginning bloggers where you’ll learn everything you need to know about blogging from the most trusted experts in the industry. We have helped millions of blogs get up and running, we know what works, and we want you to to know everything we know. This course provides all the fundamental skills and inspiration you need to get your blog started, an interactive community forum, and content updated annually.

Octy domowe i zdrowie

Nasz świat i nasz kraj zmienia się z dnia na dzień, a u nas na odludziu co? Myślę, że emocje równie silne jak w wielkich miastach, ale poza emocjami, coś na uspokojenie i dla zdrowia – czas tworzenia przetworów. Osobiście przetwory same w sobie nie są dla mnie jakoś szczególnie fascynujące. Traktuję je jako formę przechowania energii roślin, nie utracenie bogactwa, które wytworzył ogród pod koniec lata, a jest tego zasadniczo ogromnie dużo na raz. No więc patrzę na te siaty, skrzynki i wiadra owoców, grzybów, żurawiny, dyni i różnych innych skarbów, wzdycham i biorę się do roboty – jakkolwiek desperacko to wygląda biorąc pod uwagę ilość.

Powstają ulubione dżemy, super kiszonki (te to zjadam z gwinta, ciężko je uchować przede mną w słoikach). Ale przede wszystkim powstaje sto różnych rodzajów octów domowych. I tu stop (!) Tu zaczyna się obszar, który zdecydowanie mogę określić jako bardzo interesujący dla mnie, a wręcz fascynujący. Jeżeli chodzi o octy domowe, to absolutnie się nie wykręcam od roboty, nie nudzę, mogę godzinami kroić, mieszać odcedzać, przelewać, spisywać przepisy w tajnym dzienniczku.

Skąd ta fascynacja? Nie wiem, być może tworzenie octów pasuje jakoś do mojego temperamentu: nie jest to ciężka praca lub też praca powodująca wielogodzinne pobojowisko w kuchni. Raczej bym to określiła jako maraton trwającej wiele tygodni octowej fermentacji, a potem trzymiesięcznego oczekiwania po odcedzeniu owoców na gotowy produkt. Siła spokoju, obserwowanie żywego organizmu pracującego synchronicznie w kilku wielkich słojach obok siebie, ale zawsze w każdym ze słoi trochę inaczej. Obserwowanie żywego organizmu oznacza też możliwość porażki (fermentacja octowa zawsze może niepostrzeżenie się ‚zepsuć’), ale w większości przypadków, po kilku miesiącach, powstaje ustabilizowany, wyjątkowy ‚superfood’. Krystaliczny płyn, który świetnie sprawdza się i kulinarnie i jako suplement (wiem straszne słowo) zdrowotny.

Tworzę octy już od kilku lat i do tej pory zaskakuje mnie jak prosto można pomóc sobie w utrzymaniu się w dobrym zdrowiu dzięki nim. W przeciwieństwie do octu sklepowego, który jest pasteryzowany (a więc zupełnie nie żywy) przy occie domowym mamy pewność, że pozostaje on w momencie spożycia probiotykiem, a więc czymś co zawiera tonę pożytecznych bakterii, minerałów i witamin. Jest nie tylko pożywny, ale utrzymuje nas w lepszym samopoczuciu i wspomaga naturalną odporność.

Czytaj dalej

Permażniwa 2020

Co roku, kiedy kończy się sezon upraw staram się podsumować wydarzenia w ogrodzie i ich efekty w postaci plonów, braku plonów, zachwytów, całkowitych porażek, genialnych odkryć, czy też oczekiwanych rezultatów. No i zastanowić się oczywiście co dalej. W tym roku motywem przewodnim było znaczące zwiększenie zakresu upraw w związku przeprowadzką do gospodarstwa na stałe i z oczywistym wydawałoby się myśleniem: jak najwięcej, jak najszybciej. Miało to swoją logikę, bo jeżeli się nie zacznie eksperymentować w większej skali, to nigdy nie popełni się błędów. A więc było trochę słodko i gorzko, ale przede wszystkim: było ciekawie.

Ogórecznik

Opowiem więc dzisiaj krótko o efektach uprawy w najważniejszych miejscówkach: grządka przydomowa, ogród – sad, las. A jako premia pojawi się też parę słów o naszym zupełnie nowym tunelu, czyli foliowej szklarni, którą zbudowaliśmy. Tak, to dla mnie najważniejsza nowość. Ale eksperymentowaliśmy właściwie w każdej lokalizacji, więc różnych odkryć rolno-przyrodniczych było dużo. Zacznę od początku, czyli od najstarszej grządki przydomowej.

Grządka przydomowa

To pierwsza grządka permakulturowa stworzona przeze mnie kilka lat temu metodą back-to-eden. Uzupełniam ją co roku po sezonie, ale też w trakcie sezonu różnymi odpadami ogrodniczymi (liście, gałązki, siano). Oryginalnie było w niej dużo zrębek sosnowych, ale teraz, pod wierzchnią ściółką jest już w zasadzie jednolita gleba. Tutaj prowadziłam nadal w tym roku testy z nieplewienia i niepodlewania, sprawdzam na ile samo sciółkowanie wystarcza roślinom do zdrowego wzrostu. Trzeba sobie powiedzieć, że w większości przypadków wystarcza. Chociaż mam tendencję do sadzenia i siania zbyt dużej ilości roślin testowych, co powoduje konkurencję o światło, z której odpadają co subtelniejsze przypadki (na przykład sadzonki pomidorów i papryki).

Czytaj dalej

Nasza wiejska egzotyka

W okna uderza deszcz z sierpniową mocą. Taki nieogarnięty dzisiaj ten deszcz: raz walą pioruny, ale nie pada, a potem leje, wieje, potem znowu mętnie kropi. Ale to pierwszy duży deszcz od dawna. Ziemia nie zasilona wodą śniegową i deszczową wczesną wiosną wciąż nie radzi sobie w okresach dłuższych przestojów deszczowych. Na polach widać wyschnięte rżyska, orana ziemia unosi się jak pył za traktorem. Rośliny w naszym ogrodzie potraktowane grubą, zatrzymującą wodę ściółką radzą sobie nieźle, chociaż podlewane są rzadko. Co innego drzewa, do ich głębszych korzeni wciąż nie dociera woda opadowa, wiele drzew przez kolejne już suche lato coraz bardziej marnieje. U mnie słabo radzą sobie przede wszystkim jarzębiny, dęby, no i moja ulubiona lipa pod domem. Może pomoże trochę zakopanie przy nich glinianych naczyń z wodą, ollasów? Zobaczymy.

Czas chyba najwyższy godzić się z pewnymi stratami związanymi ze zmianą klimatu, ale nie jest to łatwe. W duszy ogrodnika i ogrodniczki wciąż jest ten rys ratowania wyhodowanych przez siebie roślin za wszelką cenę. Bo piękne są, albo wartościowe są. A przecież w dobie gwałtownych zmian pogodowych będziemy coraz częściej musieli się uczyć akceptować to, że nowe gatunki będą zastępowały stare, no i to, że niestety pojawi się wiele nowych szkodników, które niezbyt szybko będą asymilowane przez środowisko.

Nasz taras: juka, bambusy, szorstkowiec Fortunego

W tej sytuacji, aby odegnać klimatyczny stres, testujemy sobie dla przyjemności rośliny południowe. I nie chodzi po prostu o przejście na uprawę pomarańczy albo oliwek. Pomimo braku mrozów i śniegów wciąż, i to często (!) zdarzają się u nas na wiosnę przygruntowe przymrozki. A do nich rośliny południowe są absolutnie nie przystosowane.

Mimo tego nieśmiało wprowadzamy do ogrodu coraz to nowe rośliny południowe i odporne na susze. Na razie w okolicach domu i tarasu. A więc dzisiaj trochę o naszej szkółce roślin ‚nietradycyjnych’. Może i was zainspirują do poszukiwań, a może dacie mi znać jakie rośliny inne-niż-zwykle testujecie z powodzeniem u siebie w permakulturowych ogrodach.

Czytaj dalej

Przeprowadzkowa Madonna w lustrze

No i przeprowadzka na wieś rozwałkowana na pięć miesięcy dzięki ograniczeniom pandemii szczęśliwie dobiega końca. To ja, przeprowadzkowa Madonna na ostatnim etapie zamykania mojego krakowskiego życia przed wyprowadzką do domu na wsi. Ten ostatni etap odbył się wczoraj i zakończył nowiem księżyca. Przypadek? Pewnie nie. Dzisiaj nad ranem śniło mi się, że patrzę na błyszczący nóż. Nie było w tym śnie lęku, była pewność, pewność, że przemiana dobiega końca.


Jak dokonuje się zmiana?
Ile trwa?
Jak zacząć, kiedy zacząć?
Skąd będę wiedzieć, że to jest to na co czekałam?
Czy nie utonę w otchłani błędów i zwątpień? Czy warto?
Tyle razy zadawałam sobie te pytania zanim po prostu nie zaczęłam. I tyle razy słyszę te pytania od was.

Czy warto szukać?
No pewnie!
I nie ma jednej poprawnej drogi do przemiany naszego życia tak, aby było bardziej spełnione, szczęśliwsze, zdrowsze. Nie ma jednego dobrego czasu. Niektórzy odcinają nożem w ciągu miesiąca, niektórym tak jak mnie zajmuje to ze sześć lat. Łudzę się, że dzięki temu ta zmiana będzie stabilniejsza. Chociaż czym jest stabilność w dzisiejszym świecie…

Jeżeli myślicie czy zmienić i co zmienić dużego, żeby w końcu było lepiej, to w sumie najlepiej zacząć od drobiazgów nie odkładając na później swoich niewielkich marzeń jak malowanie, zbieranie ziół, czy kaligrafia. Nie myśleć, czy sobie poradzę z realizacją wielkich zmian, czy może bezpieczniej jest zamknąć się w swoim pokoju i czuć się może niezbyt dobrze, ale przynajmniej bezpiecznie.

Czy zmieniać swoje życie?
Jak zmieniać?
Najczęściej jeżeli naprawdę boli, to wiemy co chcemy zmienić. Ale najczęściej boli średnio, albo wydaje nam się, że ten straszny ból istnienia jest w sumie nie taki straszny, bo już się do niego przyzwyczailiśmy. Wtedy właśnie często ciało wysyła bardzo silny sygnał. Im bardziej tłumimy ból, tym silniejszy jest sygnał. A więc zamiast koncentrować siły na tłumieniu, na zgadzaniu się z innymi, że nasze życie jest w sumie ok, więc nie ma co zmieniać – szukajmy.

Czytaj dalej

Gildie roślinne – ogród malowany naszą wyobraźnią

Gildie roślinne, temat niby łatwy teoretycznie. Pisałam trochę o tym jak tworzyć gildie, czyli zestawy roślin wzajemnie wspierających się we wpisie Gildie roślinne wieloletnie. Tworzenie gildii to jedna z głównych technik permakulturowych sprawiających, że powstaje w naszym otoczeniu ogród wyróżniający się bioróżnorodnością. Ogród, który składa się z wzajemnie wspierających się i chroniących nawzajem roślin. Wystarczy do drzew i krzewów, które nas interesują (jabłoń, czarna porzeczka) dobrać zestaw kilku innych roślin wieloletnich i jednorocznych, posadzić i już. Znaczy i liczymy na to, że ekosystem wspierających się zależności sam zacznie się tworzyć. I w końcu powstanie piękny ogród leśny sam nakręcający się do życia i owocowania.

Ale w praktyce jak to zwykle bywa jest taka obawa: czy ja to aby dobrze robię? Czy ten pozorny bałagan ma jakiś sens? Czy to, że drzewko nie przeżyło oznacza, że źle wybrałam zestaw roślin? Czy to, że krzak owocuje jak szalony to moja zasługa, czy w otoczeniu niezbyt pomocnej trawy rósłby równie dobrze? I tak marzenie o ogrodzie leśnym ze wszystkimi tymi super zależnościami tonie w otchłani niepewności. A może lepiej podejść do tego na spokojnie, jak do garści nasion, które przecież rozrzuca przyroda nieustająco w lasach i na łąkach? Jakoś w lesie i na łące nieustannie coś się udaje albo nie udaje. Na tym polega tworzenie ekosystemu. Nie uda się, może warto szukać zestawów, które lepiej czują się w naszej okolicy, w naszej glebie i mikroklimacie.

A żeby to poszukiwanie nie było tylko ćwiczeniem naukowym na to, czy się uda, czy nie, to może warto zaprząc do (leniwej) naszej pracy ogrodowej wyobraźnię, poluzować lejce naukowe i zobaczyć piękno i bogactwo tego, co tworzymy przy okazji budowania gildii roślinnych wieloletnich. Do tego podejścia zainspirował mnie artykuł Heather Jo Flores, głównej mentorki i autorki kursu PDC, w którym uczestniczę. Artykuł opisuje w jakich konfiguracjach z zasady sadzi autorka rośliny w kolejnych ogrodach, które tworzy. Te zestawy powtarza już od wielu lat, bo uważa je za wartościowe i sprawdzone.

Postanowiłam skorzystać z tej wiedzy, i przeszłam przez ogród dodając po kilka nowości do każdego głównego drzewka / krzewu produkcyjnego (czyli tego, na którym zależy mi najbardziej w danym miejscu). Nowości prezentuję w czterech gildiach – piąta opisuje rośliny egzotyczne nie przystające na razie do naszego klimatu. I ciekawe w nich jest to (poza doświadczeniem autorki), że te zestawy uruchamiają wyobraźnię. Wiadomo, że warto wybierać do ogrodu rośliny pełniące w nimi przynajmniej trzy funkcje. Ale dzięki Heather zauważyłam, że może w tym wszystkim być więcej luzu, smaku, bogactwa i kolorów. A więc zapominamy o trzech funkcjach i lecimy do nieskończoności. Życzę wam wielu alchemicznych odkryć, przy zestawianiu roślin w określonych celach, ale pamiętając cały czas, że piękno i kolorowe bogactwo, zapachy i smaki to też są funkcje, które wprowadzamy do ogrodu. I to dosłownie, na przykład silnie pachnące rośliny jak fenkuł mogą zmylić szkodniki, które nie wyczują zapachu ochranianego drzewka, i je ominą. A więc kilka przykładów z artykułu Heather.

Czytaj dalej

Permawiosna 2020 – ekspansja!

Tak! Nadszedł czas zamieszkać w gospodarstwie na stałe, a więc nie muszę się już martwić, że wszystkie czynności ogrodnicze muszę wykonywać w sekundy w soboty lub w długie weekendy. I to nie jest tak, że dzięki temu czas zwolnił i miło sobie z kwiatka na kwiatek skaczę. Owszem, uwielbiam obchodzić gospodarstwo i okolice i podziwiać codziennie te same kwiatki, ale pracy zdecydowanie nie ubyło. Po prostu prowadzimy – ekspansję!

Rabarbar, rok drugi

Więcej beli siana rozkładamy w sadzie, więcej upraw planujemy, więcej istniejących grządek porządkujemy lub przerabiamy. A że permakulturowej wiedzy jest w wydawnictwach i w internetach coraz więcej (np. grupy FB zarządzane przez Permisie), to szaleństwo permakulturowych przemian u nas narasta i właśnie powoli kiełkuje.

Grządki i uprawy przydomowe

Tutaj zasadziliśmy trochę nowych roślin pięknych i przydatnych permakulturowo. Czarny bez, azalie – piękne i uwielbiają tutejszą kwaśną glebę. Karagana syberyjska – podobno szybko rośnie i daje w szybkim czasie dużo zielonego materiału ściółkowego, ale przez samo to, że rośnie w danym miejscu zapewnia dostęp do większej ilości przydatnego azotu dla sąsiadów. Liczę też na to, że uda się ją rozmnożyć z nasion i powiększyć zakres tego typu roślin użyźniających glebę w ogrodzie. Dużo drzew i krzewów wieloletnich sadzimy w różnych lokalizacjach, ale też i przesadzamy. Mianowicie w okolicach domu powstaje szklarnia, a raczej tunel foliowy, a więc część ozdobnych krzewów przesadziliśmy w inne miejsca. Był przejściowy stres, ale na razie wszystkie bohatersko odbiły w nowych lokalizacjach (perukowiec, rokitnik, forsycje, kosodrzewina, tuje i wiele innych).

Czytaj dalej

Permakultura na balkonie ? Po prostu zacznij!

Wiem, czasy są niepewne, nie wiadomo w którą stronę w zmieniającym się świecie skierować swój wysiłek twórczy, poszukiwania naukowe, no i domowe zainteresowania. Ale w czasach kiedy dom stał się nagle centrum naszego wszechświata, polecam wam poszukiwanie związku z naturą we własnym otoczeniu: w domowym biurze, na parapecie w salonie, na mało inspirującym do tej pory balkonie, na tarasie, czy w ogrodzie, który do tej pory kosił się sam. Popatrzcie teraz na swoje otoczenie, w którym spędzacie tak dużo czasu. Niektórzy przymusowo, a niektórzy z introwertyczną przyjemnością. Zobaczcie w nim część własnego życia, część własnej przestrzeni, na którą możecie wpływać, aby wiosną stawała się z dnia na dzień piękniejsza i pełna życia.

Barwinek, piękny, zielony w zimie, bardzo łatwy w uprawie

Jesteśmy częścią przyrody i ona ładuje nas na wiosnę swoją wznoszącą energią. W opozycji do rzeczywistości telewizyjnej, jakże ubogiej i pełnej lęku. To, którą rzeczywistość wybieramy w dużym stopniu zależy od nas. Nie byłabym sobą gdybym nie rzuciła tu hasła do działania na rzecz wiosennej przyrody. Tak! Wiosna to świetny moment, żeby się zainspirować permakulturą. Bo permakultura to szereg intuicyjnych przecież zasad, które wprowadzane stopniowo w życiu przenoszą nas w ten świat rosnącej energii i bycia w zgodzie z przyrodą. Bo permakultura to coś, o czym nie tylko czyta się i pisze. Projektowanie permakulturowe otaczającej przestrzeni bliższej i dalszej to łatwe do wprowadzenia w życie działania praktyczne, w wyniku których coś powstaje. Konkret. Nowe życie.

Przyroda właśnie zbiera się do kiełkowania, pączkowania, zielenienia. Zupełnie inna ta wiosna niż dotychczas. Zostawione samopas parki i aleje nagle przytłaczają ilością kwiatów, których nikt nie może podziwiać. Na łąkach łanie i jelenie pasą się stadami, tylko przelotnie rzucając okiem na ludzkich podglądaczy. NIezwyciężone dziki właśnie zaczynają bez obciachu ryć tam gdzie absolutnie nie powinny. A na parapecie? Fikus i paprota smutno patrzą i proszą o dodanie nowej ziemi i częstsze wiosenne podlewanie. Na balkonie? Aż prosi się, aby pojawiły się kiełki, listki i kwiaty, dajcie im w tym roku więcej mocy i energii niż dawniej!

Permakultura to sposób uprawy ziemi, który buduje i wzmacnia życiodajną glebę, a przez to czyni zdrowszymi zboża, warzywa i owoce, które jemy. A to w opozycji do chemicznie zaprawionej monokultury (jedno zboże, tysiąc hektarów, ubożejąca gleba, osłabione przez modyfikację rośliny uprawne). Uprawa w większej skali zgodna z zasadami permakultury mogłaby znacząco ograniczyć emisję dwutlenku węgla do atmosfery, a przez to zaczęłaby chłodzić przegrzewającą się planetę. A to tylko jedna z zalet tego rozwiązania. A w skali własnego balkonu i ogródka? Tutaj możemy zacząć uczyć się i lepiej zrozumieć jak powstaje zrównoważona żywność, bioróżnorodność, a jednocześnie jak mógłby wyglądać stabilny, odżywczy mikroklimat naszego życia. Zrozumieć znaczy uwierzyć, że można lepiej, prościej i zdrowiej. I do tego was bardzo zachęcam tą wiosną. Stąd wydarzenie online (uwaga autoreklama), w trakcie którego już za parę dni opowiem więcej o tym jak zacząć u siebie nawet malutką uprawę permakulturową i dlaczego permakultura super jest: Kiełkująca permakultura w maju.

A teraz trochę o balkonowej uprawie, na przykładzie dwóch wybranych zasad projektowania permakulturowego. Ogólne zasady permakultury, to troska o ludzi, troska o Ziemię i sprawiedliwy podział tego, co Ziemia rodzi dla ludzi. Ale tych zasad projektowych jest więcej. Opiszę dwie z nich w kontekście tego, co na balkonie, na tarasie lub na grządkach ogrodowych.

Czytaj dalej

Praktyka mocy w trudnych czasach

W tych wymagających czasach ogólnoświatowej kwarantanny i czającego się gdzieś na horyzoncie kryzysu gospodarczego mam potrzebę wpisu bardzo praktycznego. Nie będę się wyróżniać medytacyjnie i jako wsparcie emocjonalne, ponieważ tak jak wszyscy przeżywam momenty smutku, lęku i chaosu życiowego. Uważam, że trzeba przeżyć te uczucia, nie uciekać od nich. Ochrona medytacyjna jest nam w tej chwili bardzo potrzebna i warto znaleźć swojego medytacyjnego mentora lub mentorkę i ich się trzymać. Ale medytacja to tylko jeden aspekt radzenia sobie z obecnym natłokiem wydarzeń, emocji, a czasem po prostu bezsilnego siedzenia w jednym miejscu.

Starajmy się w tym wszystkim dbać o rozwój swojej świadomosci i o przemianę kierunku praktycznych działań, które na co dzień podejmujemy. Jednym z takich kierunków działań może być powrót do bazy, czyli powrót do pracy z ziemią. My na przykład staramy się teraz rozwijać uprawę, aby zwiększyć swoją samowystarczalność żywieniową. Chcemy też zbudować szklarnię, aby sobie pomóc w rozbudowie upraw. Budynek gospodarczy będziemy przystosowywać do magazynowania żywności i przetworów. Zakładamy, że warto w trudnych czasach przemyśleć uprawę i przetwórstwo w taki sposób, żeby ogród nie tylko powalał nas swoim pięknem, bioróżnorodnością i bogactwem metod permakulturowych. Ale też aby była dla nas ochroną przed pogarszającą się jakością i ilością zdrowej żywności dostępnej w handlu.

A więc wam też jednostronnie doradzam: pobądźcie ze swoim lękiem i smutkiem, ale poszukajcie jasnych stron w zmieniającym się świecie i rozwijajcie swój świat ogrodowy: na balkonie, na tarasie, na działce i w gospodarstwie. Oderwijmy się od tefauenów i katastroficznych seriali ładujących nas epokowym lękiem. I poszukujemy mocy w pracy z ziemią. A jeżeli już absolutnie dotknięcie ziemi jest nie dla was, przemyślcie swoje decyzje konsumenckie i biznesowe pod kątem wsparcia łańcucha dostaw zdrowej żywności. Chodzi mi o wsparcie małych lokalnych gospodarstw rolnych, dostawców przekazujących ich produkty do miast, i o detalistów, małe rodzinne stoiska sprzedające od kilkudziesięciu lat warzywa na ciągle tym samym targu. Chodzi mi też o restauratorów zaopatrujących się bezpośrednio u lokalnych polskich producentów. Każdy z elementów tego łańcucha ryzykuje w tej chwili starcie z korporacyjnym biznesem, z wielkimi sieciami detalicznymi, które mają znacznie większe szanse przetrwania jakiegokolwiek kryzysu. Tylko nasze wsparcie i nacisk jako konsumentów może nakłonić państwo do wsparcia tych ogniw zaopatrywania nas w zdrową żywność. Sprawnie działająca lokalna produkcja rolna to nasza suwerenność żywnościowa. A więc podaję trochę moich propozycji co robić, aby dać światu w tej chwili trochę mocy, a sobie ująć trochę lęku.

Czytaj dalej

Gospodarstwo permakulturowe: wiara i wiedza

Taką miałam myśl wczoraj, że czasem my, permakulturyści i permakulturystki mamy momenty niewiary, że to możliwe. Że naprawdę można stworzyć regeneratywny ogród, który będzie sam się nawoził, dawał nam nadmiar owoców i warzyw i do tego będzie świadczył dodatkowe usługi (cień, trawa, jeziorka, piękne kwiaty).

Mnie w wyobraźni od razu pojawiają się z podświadomości przekonania hamulcowe, bo cała wytwarzana przez media świadomość mówi, że permakultura, to idealistyczna utopia. A przecież rzeczywistość spoza mass mediów pokazuje, że jest inaczej. Na świecie jest wiele przykładów, że takie gospodarstwa i ogrody działają z sukcesem przez wiele lat.

Istnieją badania naukowe potwierdzające, że większość pożywienia dla ludzi na świecie powstaje w małych gospodarstwach, a nie w wielkoobszarowych molochach. Cytuję za wydawnictwem Nyeleni ‚Polityka na talerzu, przewodnik po agroekologii i suwerenności żywnościowej (str.17)’:

„Międzynarodowe korporacje agrobiznesowe twierdzą, że ich potęga i zyski są usprawiedliwione, ponieważ to one karmią świat i rozwiążą kryzys klimatyczny. Jednak przemysłowy system żywnościowy dostarcza żywność tylko dla 30% światowej populacji. Robi to używając ogromnego areału – 75% wszystkich gruntów rolnych. (…) Zwolennicy systemu przemysłowego twierdzą, że rolnictwo chłopskie nie jest zdolne wyżywić rosnącej światowej populacji i przerzucają na chłopów odpowiedzialność za biedę i głód, której ci doświadczają. Tym czasem drobni rolnicy, chłopi rybacy, społeczności rdzenne, robotnicy rolni, w tym kobiety i ludzie młodzi, już karmią ponad 70% światowej populacji, i robią to używając zaledwie 25% zasobów rolnych.”

Warto sobie uświadamiać te proporcje jeżeli myślimy, że się nie da. Rolnictwo prowadzone w małych społecznościach i na małych areałach, tradycyjnymi metodami jest realistyczną opcją i co więcej istniało u nas jeszcze stosunkowo niedawno. Nie musimy szukać dalekich plemiennych wzorów wśród Indian. Naprawdę wiele z tej wiedzy i umiejętności tkwi w nas samych i w naszych rodzinach, czasem wystarczy odgruzować tą wiedzę. Takie rozmowy o tym jak było dawniej są dla mnie zawsze super inspiracją. Na przykład pytam jak paliło się dawniej w piecu, albo jakie drzewka i kwiaty sadziło się dawniej w ogrodach, i od razu przypływają różne wzruszające (lub traumatyczne) wspomnienia rozmówców.

Czytaj dalej