Cześć iglakom

Gdy zaczynałam prace ogrodowe parę lat temu nie byłam wielką fanką iglaków. Może dlatego, że polskie ogrody wydają mi się nimi przeładowane, a raczej traktuje się je jako receptę na dowolny temat: wieje, zasadź tuje; trzeba zadarnić, pokryj jałowcem płożącym. Jakoś więcej pozytywnych uczuć budziły we mnie wielokolorowe i zupełnie niekłujące liście różnej maści.

Na szczęście poprzednia właścicielka ogrodu zostawiła mi w spadku naprawdę różnorodny asortyment drzew iglastych. Na terenie gospodarstwa jest wiele odmian jałowca, kosodrzewina, intensywnie zielona i wielka jodła, a nawet sosna czarna wyróżniająca się oryginalnym pięknem długich igieł. W lesie w dolnej części działki królują dziesięcioletnie już rodzime sosny, a od strony południowej sąsiedzi zasadzili szpaler świerków.

Z czasem nauczyłam się rozróżniać miejscowe iglaki i doceniać ich różnobarwną igiełkowatość. Planuję więc w tym roku bardziej kompleksowo wspomagać ich rozwój. Szczególnie jałowcom nie służą powtarzające się od lat upały i susze. Niektóre radzą sobie świetnie w piaskowej i kwaśnej glebie: jałowce płożące pokryłyby wszystkie otaczające rośliny gdybym ich regularnie i silnie nie przycinała. Z kolei jałowce pospolite rosnące w różnych częściach ogrodu w większości coraz bardziej usychają. Planuję nadal doprawiać je zrębkową ściółką, ale też spryskiwać wodą z czosnkiem przeciw patogenom i przemyśleć sąsiedztwo. Podobno lubią się z sosnami, może potrzebni im są nowi wspomagający koledzy.

O tym, że zimozielone iglaki dobrze chronią od wiatru i szybko rosną dostarczając przy okazji dużej ilości materiału ściółkowego w ogrodzie dobrze wszystkim wiadomo. Ale przecież bracia iglaści mają o wiele więcej zalet:

Iglaste krzewy dają schronienie i pożywienie zwierzętom. Nad zimującymi wśród gałęzi pająkami i ślimakami szczególnie się nie rozczulam, co innego gniazdujące w nich ptaki śpiewające. Wzruszyłam się ostatnio jak przy zbieraniu dojrzałych już w lutym owoców jałowca usłyszałam nagle z głębi krzaczka poirytowane ćwierkanie. Nasz to jest dom i nasze zapasy, sio! No dobra, przecież tylko trochę urwałam (a pieczeń z własnymi owocami jałowca smakowała odlotowo).

Czytaj dalej
Reklamy

Projekt ogniskowy

Projekt mojego ogrodu ewoluuje w tempie i kolejności wynikającej często z posiadanego materiału ściółkowego. Od kiedy odkryłam, że trawnik rośnie znacznie lepiej, jeżeli ściętą trawę zostawi się na miejscu koszenia, nie mam już takich wielkich hałd siana jak dawniej. Mała ilość siana zasadniczo spowalnia proces kompostowania, a więc przy zwiększającej się uprawie potrzebuję coraz większego zasilania z zewnątrz. Co więcej, nie mam rębaka do tworzenia zrębek. Zdobycie rębaka wymagałoby wyprawy do wypożyczalni i solidnego przygotowania odpowiedniej ilości materiału do cięcia na cały dzień pracy, o ekipie nie wspomnę. Ze względu na dużą ilość niewiadomych i przewidywany wysiłek organizacyjny, temat rębaka ciągle czeka na lepsze czasy.

W tej sytuacji projektując nowe fragmenty ogrodu cały czas kombinuję z pozyskiwaniem sprawdzonego materiału z okolicy (zrębki z tartaków, siano z nieużytków, obornik od drobiu biegającego swobodnie). Nie idzie mi to bardzo sprawnie: mało czasu i możliwości transportowych. Staram się nie robić nic na siłę, w końcu permakultura to nie walka z niewidzialnym przeciwnikiem. Ale jak już pojawi się jakiś sensowny materiał ściółkowy na mojej drodze, to rzucam się jak wygłodniały wilk. I tak tej zimy namierzyłam tartak z duża ilością zbywających zrębek sosnowych. Wiem, sosna zakwasza glebę, ale stwierdziłam, że przecież gleba u mnie i tak jest raczej kwaśna, a zawsze w przyszłości można popracować nad zmniejszeniem kwasowości. Nie było co się wiele zastanawiać. Wzięłam 5 metrów zrębek na początek z możliwością ciągu dalszego.

Duża ilość zrębek sosnowych najlepiej pasowała mi do zadarnienia brzegów łączki ogniskowej, czyli głównej części rekreacyjnej całego ogrodu. Jest to duży trawnik otoczony drzewami od strony sąsiadów i tujami od strony pól. Poszłam na całość i zaprojektowałam urocze faliste obrzeża w obrębie całego tego terenu. Po ich zadarnieniu, wiosną przyjdzie pora na obsadzenie okolicy nowymi roślinami, oczywiście zgodnie z zasadami permakultury, a w szczególności z moją ulubioną: zasadą trzech funkcji.

Zasada trzech funkcji oznacza, że każdy element ogrodu, czy też każda roślina powinna pełnić w nim przynajmniej trzy funkcje. Dzięki tej zasadzie ogród nie jest tylko nagromadzeniem krzewów, bylin i traw ładnie wyglądających w różnych płaszczyznach. Ogród nabiera spójności, wewnętrznego ‚sensu’, a plątający się w tysiącach możliwości ogrodnik ma szansę odrzucić przynajmniej połowę pomysłów już na etapie wstępnych szaleńczych wizji. Przez funkcje w permakulturze rozumiemy pożytki z roślin uprawnych, ale też wzajemne korzyści wynikające z sąsiedztwa pomiędzy roślinami. Funkcją jest też piękno, dzięki czemu nie boimy się wybierać tego, co naprawdę lubimy i chcielibyśmy zobaczyć u siebie. Piękno jako funkcja – tylko piękny umysł mógł stworzyć taki koncept.

Główne cele projektu ogniskowego:

  • zmniejszenie powierzchni do koszenia,
  • zatrzymywanie wody deszczowej poprzez zadarnianie powierzchni wzdłuż poziomic (na ile to możliwe),
  • wprowadzanie jak najdłuższych linii brzegowych poprzez meandrujące koliście obrzeża,
  • dodanie do ogrodu roślin, które lubię i chciałabym móc wykorzystać w przetworach, miksturach i kosmetykach (zioła, kwiaty, owoce),
  • zwiększenie ilości roślin miododajnych i lubianych przez ptaszyska,
  • i co niemniej ważne, stworzenie bardziej kameralnej atmosfery wypoczynku niż na otwartej, prostokątnej łączce.
Czytaj dalej

Jesienna fascynacja ściółką

Okoliczna ściółka jest źródłem nieustającej fascynacji mojego psa, Kropki. Tyle się można z niej dowiedzieć: kto ostatnio tędy przechodził, kto tu nocował, kto rył, co jadł, jak u niego z trawieniem, czy aby zdrowy, no i oczywiście co by tu można samemu skonsumować: jakieś jajeczko, czy robala. Konsumpcja to główny motor działań Kropki, choć nie jedyny. Instynkt myśliwski, to drugi motyw analizy ściółki. A jak się uda wypłoszyć jakieś ptaszysko albo zająca, to już w ogóle afera. Mam nadzieję, że nie mamy zbyt niszczycielskiego wpływu na okolicę, nie darowałabym sobie gdyby Kropka wypłoszyła jakiegoś zwierza bezpośrednio pod lufy myśliwskie. Na razie myśliwych słychać tylko z oddali, cały czas się łudzę, że lokalny zwierzyniec ma trochę doświadczenia w unikaniu z nimi kontaktu. No ale to temat na osobny wpis, a tu o ściółce miało być.

img_7974

Idąc za dobrym przykładem Kropki, też zaczęłam się uważniej przyglądać ściółce, bo ściółka jesienna to bogate źródło obserwacji niekoniecznie konsumpcyjnych i myśliwskich. Obserwując różne rodzaje środowisk (las, łąka, bagno) zastanawiam się jak się tworzą różne rodzaje ściółki i jak można tą wiedzę wykorzystać w rzeczywistej permakulturowej uprawie.

Wiedza o glebie wzbogaca naszą wrażliwość na problemy żywieniowe świata i podnosi ogólną świadomość ekologiczną. A więc trochę się naczytałam i postanowiłam przekazać ułamek informacji o tym co od jesieni do wiosny dzieje się pod ściółką, czyli jak powstaje super gleba. Opis tworzenia gleby podaję głównie na podstawie ‚Gaia’s Garden’ Toby Hemenwaya. Przy okazji dodałam trochę kolorytu lokalnego, czyli zdjęć ściółki w różnych ujęciach. Wiem, nie są to najbardziej atrakcyjne zdjęcia na świecie, w końcu robione były w listopadzie. Potraktujmy je jako archiwalne. A więc do opisu ściółki przystąp:

Ściółka i powstająca pod nią w trybie ciągłym gleba, to cud natury, nieustanny rytuał śmierci i odradzania się życia. Poszycie leśne i gleba, nie są jedynie martwą materią, z której rośliny pobierają składniki chemiczne do wzrostu. Ściółka tworzy życie, a jednocześnie cały czas jest pełna życia. Mieszka w niej tłum naprawdę różnorodnych organizmów od bakterii po jaszczurki. Każda łyżeczka dobrej gleby może zawierać miliard bakterii, milion grzybów, czy też 10 tysięcy jednokomórkowych ameb. Niemało. Czytaj dalej

Gildie roślinne wieloletnie

Moim permakulturowym marzeniem jest stopniowe tworzenie ogrodu leśnego, czyli uprawy dającej sensowne plony, a jednocześnie naśladującej sposób w jaki samodzielnie powstaje las. Czuję, że nie mam jeszcze wystarczającej wiedzy, aby rzucić się na takie wyzwanie po całości, a jednocześnie szkoda mi tracić czasu na rozpatrywanie do bólu założeń teoretycznych.

Wybieram więc pójście małymi krokami, uczenie się w praktyce przez kolejne budowanie podstawowych elementów ogrodu leśnego: wieloletnich gildii roślinnych. Staram się bazować na roślinach przydatnych w praktyce, ciekawych ze względu na cechy indywidualne i współpracę w grupie, no i (co równie ważne!) na roślinach ulubionych z różnych przyczyn przeze mnie. Po analizie literatury i własnych obserwacjach, wybór padł na stworzenie na początek gildii wokół roślin najbardziej potrzebujących lub znajdujących się w miejscach wymagających szybszego zadarnienia.

img_7151

I właśnie te grupy roślin opisałam poniżej. Są to gildie tworzone przeze mnie naokoło:

  • jabłonek odmian tradycyjnych, i
  • orzechów włoskich

Najpierw jednak trochę teorii dotyczącej tworzenia wieloletnich gildii roślinnych. Źródeł wiedzy na ten temat jest wiele, bo jest to jedna z centralnych koncepcji projektowania permakulturowego. Do tego artykułu wybrałam opis podstawowych zasad tworzenia gildii z podręcznika Gaia’s garden (autor: Toby Hemenway), podaje on przydatną klasyfikację typów roślin, które należy zasadzić wspólnie. Korzystałam z wersji angielskiej podręcznika, wersja polska powstaje obecnie pod patronatem permakultura.edu.pl.

Według definicji Hemenwaya „gildia, to grupa roślin i zwierząt harmonijnie wspierająca się poprzez sieć wzajemnych zależności, często zgrupowana wokół jednego gatunku przewodniego, który przynosi szczególne pożytki ludziom tworzącym dany ekosystem. Może być zaczątkiem ogrodu leśnego.”

Rośliny do gildii dobiera się według pełnionych przez nie funkcji w środowisku. Poniżej wymieniłam te podstawowe funkcje razem z przykładami konkretnych roślin (oczywiście to tylko wyrywkowe przykłady). Elementy gildii:

  1. Główny element ‚produkcyjny’ – jabłoń, orzech włoski
  2. Poboczne elementy produkcyjne – porzeczka, agrest
  3. Rośliny miododajne przyciągające ptaki i zapylaczy, zwiększające szansę na zapylenie roślin produkcyjnych – facelia, aksamitka, nagietek
  4. Rośliny wspomagające tworzenie bogatej ściółki dzięki dużej ilości miękkich liści (nawóz zielony) – nasturcja, bób, krwawnik
  5. Rośliny kumulujące składniki odżywcze poprzez wyciąganie ich długimi korzeniami z głębi gleby (tzw. dynamiczne akumulatory) – mniszek, pokrzywa, żywokost
  6. Rośliny wiążące azot z powietrza (pozostawione w ściółce umożliwiają pobieranie azotu niezbędnego do wzrostu roślin uprawnych) – lucerna, koniczyna, łubin
  7. Rośliny odstraszające lub przechwytujące szkodniki – nasturcja, narcyz, chrzan.

A więc tworząc gildię należy pamiętać o stopniowym dodawaniu każdego z powyższych typów roślin. Co ciekawe istnieje wiele ‚super-roślin’, które pełnią kilka z tych ważnych funkcji jednocześnie, chociaż w konwencjonalnej uprawie często traktowane są jak inwazyjne chwasty. Czytaj dalej

Permażniwa 2018

To już październik ? Dożynki już w odległej przeszłości, a ja tu jeszcze ciągle myślami przy żniwach. Trudno, czas leci, a żniwa od strony gospodarki permakulturowej podsumować trzeba, chociażby po to, żeby porównać kiedyś ze sobą kolejne lata upraw.

img_7554

Zaczęłam w zeszłym roku od wpisu PermaŻniwa, tegoroczne spostrzeżenia przedstawiam poniżej. Na początek skrót najważniejszych obserwacji:

  • Jednym z głównych celów praktycznych wprowadzenia ściółkowania było dla mnie ograniczenie regularnego podlewania. Z tej perspektywy mogę powiedzieć że susza w tym roku może trochę była, ale roślinom uprawianym w ściółce właściwie nie dała się we znaki.
  • Plony wyszły bogate w porównaniu do zeszłego roku. Byłoby miło, gdyby panował w nich większy porządek i przewidywalność, no ale najwyraźniej wiele się jeszcze w tej dziedzinie muszę nauczyć.
  • Zdecydowanie zaskoczyły mnie różne gwałtowne plagi szkodników, których tu wcześniej nie było – przede wszystkim stonka i żarłoczne ślimaki. Albo przyciąga je niezbilansowana jeszcze uprawa ściółkowa bez chemii, albo ‚taki rok’. Duże pole do nauki ekologicznych metod ochrony roślin.

Tyle w telegraficznym skrócie. A teraz dłuższa wersja dla zainteresowanych (i dla mnie na pamiątkę).

Susza i gospodarowanie wodą

Ze względu na stale zwiększający się areał nie do końca panuję (chociaż bym chciała) nad losem pojedynczych roślinek. Podlewanie deszczówką było z konieczności trochę bardziej losowe niż w zeszłym roku: czasem kilka razy w tygodniu, czasem raz na dwa tygodnie, bez szczególnej konsekwencji. Staraliśmy się przynajmniej nie zapominać o podlewaniu sadzonek, ale w sumie też nie miały lekko. I mogę potwierdzić, że rośliny grubo ściółkowane są zdecydowanie bardziej odporne na suszę, poradziły sobie w takich warunkach bez problemu. Pojedyncze krzewy owocowe i zadarnione brzegi trawnika nie są jeszcze grubo ściółkowane, stąd widzę jaka jest różnica: w trakcie bardziej suchych tygodni, liście miały ewidentnie bardziej zwinięte a nawet pożółkłe.

Czytaj dalej

Woda to podstawa, czyli oczyszczalnia bio

„A jak u ciebie z wodą? Woda to podstawa! Bez niej nie ma zdrowego ekologicznego przetwórstwa” powiedział ostatnio jeden mój kolega, któremu roztaczałam wizje różnych super przetworów i octów z własnych upraw. Coś w tym jest, traktujemy wodę, jak coś co było jest i będzie, a tak naprawdę w dzisiejszych czasach woda to dobro coraz bardziej luksusowe – i jako takie powinna być traktowana. Jednym z głównych celów stosowania technik permakulturowych jest właśnie optymalne wykorzystanie w gospodarstwie wody – począwszy od grubego ściółkowania gleby i zbierania deszczówki, a skończywszy na zaawansowanych systemach oczyszczania ścieków, a nawet toaletach kompostowych.

I w ten nurt przyjaznego traktowania wody wpisuje się przemiana, która właśnie dokonała się w Kompostelli, a mianowicie: instalacja przydomowej oczyszczalni ścieków, a przy okazji przerobienie starego szamba na znaczącej wielkości zbiornik deszczówki. Obie inwestycje długo oczekiwane, a dające skokową zmianę w naszym życiu codziennym.

img_7510

Na terenie gospodarstwa zainstalowana została  mechaniczno-biologiczna oczyszczalnia firmy Delfin z rozprowadzaniem uzdatnionej wody do gruntu poprzez studnię chłonną – zaawansowane technologicznie, a ukryte pod ziemią cudo. A wszystko dzięki ambitnemu projektowi Gminy Łopuszno, czyli zrealizowanemu w oparciu finansowanie z Unii Europejskiej programowi wymiany starych szamb na eko-oczyszczalnie w okolicznych wsiach i przysiółkach, w których doprowadzenie kanalizacji okazało się nierealne. Trochę stresu było, bo długo trwało oczekiwanie i procedury przygotowawcze, a potem nagle w ciągu dwóch dni cały teren został wywrócony do góry nogami (działka jest podłużna i instalacja zajęła znaczącą jej część), ale efekt był wart tych turbulencji.

Ścieki są oczyszczane w trójkomorowym (uwaga) reaktorze biologicznym z funkcją napowietrzania. Jego rolą jest w zasadzie zapewnienie godnego życia bakteriom pracującym nad niwelowaniem ścieków. System pracy tego nieustannie aktywnego złoża biologicznego pozwala na osiągnięcie na tyle wysokiego stopnia czystości pozostałej wody, że może być ona odprowadzana bezpośrednio do studni chłonnej z drenażem. Żwirowy drenaż jest dość głęboki, więc wolno rozprowadzana przez niego woda powinna ulegać dodatkowemu oczyszczaniu w gruncie.  Czytaj dalej

Cześć aronii

Coraz więcej szacunku nabieram do aronii. Do tej pory traktowałam ją jako ‚darowanego konia’ – dostałam dwa wyrośnięte krzaki w spadku po poprzednich właścicielach i nie zwracałam na nie uwagi. Szczególnie po pierwszych próbach zrobienia dżemu aroniowego jakoś straciłam zapał: był cierpki i przesłodzony jednocześnie, a owoce pozostały twarde pomimo gotowania. Po dwóch kolejnych latach zaczynam dostrzegać jak ważne mogą być aronie w ekosystemie, szczególnie przy coraz gwałtowniej zmieniającej się pogodzie. Krzewy radzą sobie świetnie bez żadnych zabiegów pielęgnacyjnych, są bardzo wytrzymałe. W zeszłym roku, kiedy nic praktycznie nie owocowało (poza borówką amerykańską), to one właśnie dawały żyć zagłodzonym szpakom. Szpaki chyba mieszkają w gałęziach aronii. Często słyszę je wchodząc do ogrodu – chwilowo przede mną uciekają po czym wracają ‚do siebie’.

img_6865

Aronia jest bardzo funkcjonalnym krzewem bazowym do ogrodu z piaszczystą i lekko  kwaśną glebą: rośnie zdrowo, szybko i bez marudzenia, owocuje co rok, daje przyjemny cień, a dzięki silnym i niełamliwym gałęziom świetnie osłania od wiatru, a nawet nadaje się na żywopłot. O zdrowotnych właściwościach owoców aronii rozpisują się wszystkie źródła. Dużo tego jest, a więc w telegraficznym skrócie: opóźnia procesy starzenia się, reguluje gospodarkę tłuszczami w organizmie, chroni przed wolnymi rodnikami, wspomaga koncentrację, wpływa korzystnie na wzrok, odstrasza insekty, wirusy i grzyby, ogranicza szkodliwość promieniowania słonecznego UV.

Tego lata aronia owocuje masowo i jest wyjątkowo smaczna ‚jak na aronię’ (chociaż na surowo to chyba tylko głodne szpaki są w stanie ją przyswoić). A więc warto odżywczą moc aronii zakonserwować ulubioną metodą. Osobiście polecam sok z aronii, ocet i nalewkę. Dżem wymaga dłuższego gotowania, więc zakładam, że jest mniej prozdrowotny. Nalewki i octu jeszcze nie próbowałam, ale sok z aronii w tym roku jest pyszny. Przepis:

Gotujemy 2kg aronii z 3 litrami wody i  40 liśćmi wiśni. Po 20 minutach odcedzamy, do soku dodajemy 1/2 kg cukru (lub więcej zależnie od upodobań), sok z cytryny do smaku i pasteryzujemy w słoikach.

Aronia ma jeszcze inne przydatne cechy: owoce zbiera się łatwo i szybko całymi kiściami, a ponieważ są twarde, można je przechowywać na surowo trochę dłużej niż inne ‚czarne’ owoce. Jak się to wszystko podsumuje to niesamowicie dużo zalet jak na roślinę, która tak po prostu jest. Może podsypię ją w tym roku pierwszy raz zrębkami sosnowymi, bo po takim owocowaniu jest pewnie trochę zmęczona.

Aronio, po prostu bądź.