Archiwum kategorii: Ogród

Praktyka mocy w trudnych czasach

W tych wymagających czasach ogólnoświatowej kwarantanny i czającego się gdzieś na horyzoncie kryzysu gospodarczego mam potrzebę wpisu bardzo praktycznego. Nie będę się wyróżniać medytacyjnie i jako wsparcie emocjonalne, ponieważ tak jak wszyscy przeżywam momenty smutku, lęku i chaosu życiowego. Uważam, że trzeba przeżyć te uczucia, nie uciekać od nich. Ochrona medytacyjna jest nam w tej chwili bardzo potrzebna i warto znaleźć swojego medytacyjnego mentora lub mentorkę i ich się trzymać. Ale medytacja to tylko jeden aspekt radzenia sobie z obecnym natłokiem wydarzeń, emocji, a czasem po prostu bezsilnego siedzenia w jednym miejscu.

Starajmy się w tym wszystkim dbać o rozwój swojej świadomosci i o przemianę kierunku praktycznych działań, które na co dzień podejmujemy. Jednym z takich kierunków działań może być powrót do bazy, czyli powrót do pracy z ziemią. My na przykład staramy się teraz rozwijać uprawę, aby zwiększyć swoją samowystarczalność żywieniową. Chcemy też zbudować szklarnię, aby sobie pomóc w rozbudowie upraw. Budynek gospodarczy będziemy przystosowywać do magazynowania żywności i przetworów. Zakładamy, że warto w trudnych czasach przemyśleć uprawę i przetwórstwo w taki sposób, żeby ogród nie tylko powalał nas swoim pięknem, bioróżnorodnością i bogactwem metod permakulturowych. Ale też aby była dla nas ochroną przed pogarszającą się jakością i ilością zdrowej żywności dostępnej w handlu.

A więc wam też jednostronnie doradzam: pobądźcie ze swoim lękiem i smutkiem, ale poszukajcie jasnych stron w zmieniającym się świecie i rozwijajcie swój świat ogrodowy: na balkonie, na tarasie, na działce i w gospodarstwie. Oderwijmy się od tefauenów i katastroficznych seriali ładujących nas epokowym lękiem. I poszukujemy mocy w pracy z ziemią. A jeżeli już absolutnie dotknięcie ziemi jest nie dla was, przemyślcie swoje decyzje konsumenckie i biznesowe pod kątem wsparcia łańcucha dostaw zdrowej żywności. Chodzi mi o wsparcie małych lokalnych gospodarstw rolnych, dostawców przekazujących ich produkty do miast, i o detalistów, małe rodzinne stoiska sprzedające od kilkudziesięciu lat warzywa na ciągle tym samym targu. Chodzi mi też o restauratorów zaopatrujących się bezpośrednio u lokalnych polskich producentów. Każdy z elementów tego łańcucha ryzykuje w tej chwili starcie z korporacyjnym biznesem, z wielkimi sieciami detalicznymi, które mają znacznie większe szanse przetrwania jakiegokolwiek kryzysu. Tylko nasze wsparcie i nacisk jako konsumentów może nakłonić państwo do wsparcia tych ogniw zaopatrywania nas w zdrową żywność. Sprawnie działająca lokalna produkcja rolna to nasza suwerenność żywnościowa. A więc podaję trochę moich propozycji co robić, aby dać światu w tej chwili trochę mocy, a sobie ująć trochę lęku.

Czytaj dalej

Gospodarstwo permakulturowe: wiara i wiedza

Taką miałam myśl wczoraj, że czasem my, permakulturyści i permakulturystki mamy momenty niewiary, że to możliwe. Że naprawdę można stworzyć regeneratywny ogród, który będzie sam się nawoził, dawał nam nadmiar owoców i warzyw i do tego będzie świadczył dodatkowe usługi (cień, trawa, jeziorka, piękne kwiaty).

Mnie w wyobraźni od razu pojawiają się z podświadomości przekonania hamulcowe, bo cała wytwarzana przez media świadomość mówi, że permakultura, to idealistyczna utopia. A przecież rzeczywistość spoza mass mediów pokazuje, że jest inaczej. Na świecie jest wiele przykładów, że takie gospodarstwa i ogrody działają z sukcesem przez wiele lat.

Istnieją badania naukowe potwierdzające, że większość pożywienia dla ludzi na świecie powstaje w małych gospodarstwach, a nie w wielkoobszarowych molochach. Cytuję za wydawnictwem Nyeleni ‚Polityka na talerzu, przewodnik po agroekologii i suwerenności żywnościowej (str.17)’:

„Międzynarodowe korporacje agrobiznesowe twierdzą, że ich potęga i zyski są usprawiedliwione, ponieważ to one karmią świat i rozwiążą kryzys klimatyczny. Jednak przemysłowy system żywnościowy dostarcza żywność tylko dla 30% światowej populacji. Robi to używając ogromnego areału – 75% wszystkich gruntów rolnych. (…) Zwolennicy systemu przemysłowego twierdzą, że rolnictwo chłopskie nie jest zdolne wyżywić rosnącej światowej populacji i przerzucają na chłopów odpowiedzialność za biedę i głód, której ci doświadczają. Tym czasem drobni rolnicy, chłopi rybacy, społeczności rdzenne, robotnicy rolni, w tym kobiety i ludzie młodzi, już karmią ponad 70% światowej populacji, i robią to używając zaledwie 25% zasobów rolnych.”

Warto sobie uświadamiać te proporcje jeżeli myślimy, że się nie da. Rolnictwo prowadzone w małych społecznościach i na małych areałach, tradycyjnymi metodami jest realistyczną opcją i co więcej istniało u nas jeszcze stosunkowo niedawno. Nie musimy szukać dalekich plemiennych wzorów wśród Indian. Naprawdę wiele z tej wiedzy i umiejętności tkwi w nas samych i w naszych rodzinach, czasem wystarczy odgruzować tą wiedzę. Takie rozmowy o tym jak było dawniej są dla mnie zawsze super inspiracją. Na przykład pytam jak paliło się dawniej w piecu, albo jakie drzewka i kwiaty sadziło się dawniej w ogrodach, i od razu przypływają różne wzruszające (lub traumatyczne) wspomnienia rozmówców.

Czytaj dalej

Co to jest permakultura, tak konkretnie?

Z każdym rokiem zwiększa się moja potrzeba zdefiniowania siebie w kontekście pracy z ziemią, zdefiniowania sensu tego, co tutaj robię, a więc potrzeba lepszego zrozumienia co to właściwie jest permakultura. Długo nie czułam się na siłach, aby ją na piśmie definiować. Temat wydawał się niby prosty, a jednak ulotny. Początkowo permakulturą określałam na swoje potrzeby sposób tworzenia ogrodu, mojej przestrzeni naokoło domu w taki sposób, żeby prowadzone przeze mnie uprawy obyły się to bez pryskania pestycydami, sztucznego nawożenia, nieustannego plewienia i podlewania. Potem starałam się wdrażać po kolei techniki permakulturowe jak na przykład sadzenie roślin w gildiach, wprowadzenie zbiorników na deszczówkę. Starałam się dobierać rośliny do kontekstu i korzystać z dobrodziejstw oferowanych przez chwasty, które najczęściej okazywały się wartościowymi ziołami.

Intuicyjnie czułam, że idę we właściwym kierunku i to pomimo przejściowego braku równowagi po rozpoczęciu upraw w moim ogrodzie, pomimo wszystkich tych tabunów mszyc, drzewek podgryzanych przez nornice, liści podjadanych przez zające. Czułam, że dzięki projektowaniu i uprawie ogrodu metodami permakulturowymi da się zmienić sposób podejścia do produkowania żywności, da się nadać pracom w ogrodzie głębszy ekologiczny sens. I od tych chwil szczęścia i sensu w weekendowej pracy z ziemią zaczęłam. Moja wiedza była ciągle więcej niż skromna, ale ogród rzeczywiście zaczął ewoluować. Uprawa stawała się coraz bogatsza i stabilniejsza. Na przykład, robale ciągle były, ale zwiększała się wzajemna równowaga owadów szkodzących i niszczących szkodzące.

Biedronki azjatyckie nie narzekają na brak pokarmu, czyli szkodników wiosennych.

Stopniowo zaczęło do mnie docierać, że naczelną zasadą permakultury tak jak definiują ją źródła są relacje. Czyli można mieć panele fotowoltaiczne, nie stosować oprysków, przykrywać ziemię ściółką, ale to nadal nie będzie permakultura. Jej istotą jest ustawiczne tworzenie relacji pomiędzy poszczególnymi elementami projektu tak, aby tworzyć jak najbardziej zrównoważone środowisko. Czyli na przykład wprowadzając oczko wodne ułatwiamy życie płazom, które pożerają różne rodzaje szkodników, przyciągamy pszczoły do wodopoju. Przy oczku powstaje ekosystem, który lubią określone gatunki chwastów okazujących się ziołami jak na przykład rumianek. A więc tworzymy nowy mikroświat, który daje też korzyści też i nam.

Czytaj dalej

Nauka permakultury w czasach klimatycznych zmian

Nie mam ostatnio tyle czasu ile bym chciała na nowe wpisy na blogu, czego naprawdę żałuję. A to między innymi za sprawą przygotowania i prowadzenia miesięcznego mini-kursu dla kobiet „Jesień w ogrodzie permakulturowym” w grupie FB Leniwe Ogrodniczki zmieniają świat. W ramach kursu starałam się przekazać kobiece podejście do permakultury, na podstawie własnych doświadczeń z pracą w gospodarstwie, i codziennymi zachwytami nad otaczającą przyrodą. Zakończony mini-kurs można jeszcze obejrzeć w Modułach grupy na FB. Mówię w nim o tym, że jeżeli obserwujemy przyrodę i staramy się naśladować jej naturalne procesy, praca i tworzenie przyjaznego otoczenia w ogrodzie nie jest walką z przeciwnikiem i nie nosi znamion pańszczyzny, a ogród może dać nam znacznie więcej niż super zdrowe jedzenie z własnej uprawy. Ogród permakulturowy to wyjątkowe miejsce medytacji, nabierania odporności i zdrowia, wielu umiejętności praktycznych, a także odnajdywania więzi z przodkami i miejscem, w którym żyjemy. No i co niemniej ważne, taki ogród to miejsce codziennego nabierania większej świadomości jak możemy radzić sobie w świecie podlegającym coraz gwałtowniejszym zmianom klimatycznym. Świadomość i podejmowanie praktycznych kroków w celu zmiany najbliższego otoczenia z zasady łagodzi lęk przed nieznanym. A tak szybko zmieniające się środowisko naturalne to fenomen nieznany nam do tej pory.

Od kiedy więcej czytam o gleboznawstwie i widzę jak ulega powolnym przemianom ogród ściółkowany, coraz częściej zdaję sobie sprawę jak niewielka jest nasza powszechna wiedza o uprawie roślin ze szczególnym uwzględnieniem zdrowej, ekologicznej uprawy roślin. A przecież utrata żyznej gleby pod uprawę, postępująca erozja gleby na świecie, to jeden z najważniejszych problemów współczesnego rolnictwa, a przez to nas wszystkich. Wymieranie organizmów glebowych jest równie poważnym problemem, co wymieranie tygrysów. I dzieje się całkowicie poza nasza świadomością. Stąd potrzeba tworzenia materiałów edukacyjnych, ale też potrzeba dokształcania się z wiedzy o ziemi.

Zapisałam się właśnie na kurs projektowania permakulturowego prowadzony przez Permaculture Women’s Guild, międzynarodowy zespół kobiet praktykujących permakulturę pod różnymi postaciami (ogród, produkcja rolna, edukacja, tworzenie społeczności). Mam nadzieję, że to pozwoli mi przygotować się lepiej do szerzenia wiedzy w przyszłości. Na wiosnę planuję kontynuację działań edukacyjnych, być może dla szerszego grona odbiorców.

A tymczasem trochę moich zachwytów nad drzewkami i krzewami, na które warto zwrócić uwagę wybierając nowości do ogrodu. Chodzi o drzewka niepozorne, ale ‚mające kilka funkcji’ co jest jedną z głównych zasad permakultury, którą zawsze stosuję wybierając nowe rośliny do ogrodu. Moje ulubione drzewka tej jesieni to oliwnik wąskolistny, który zasadziliśmy w tym roku i rokitnik zwyczajny, który jest już dojrzały i pięknie owocuje od lat.

Czytaj dalej

Permażniwa 2019 – bioróżnorodność

Zaczyna się. W trzecim roku od rozpoczęcia nauki uprawy permakulturowej ogród dociera powoli do poziomu bioróżnorodności gwarantującego przeżycie, kwitnienie i owocowanie roślinom, na którym mi zależy (i wielu innym). Miło jest obserwować jak obok ewidentnych porażek i niezrozumiałych zjawisk pojawia się twórcza przewidywalność. No i surowiec się pojawia, dużo surowca: do zjedzenia, na przetwory, ale też na kompost, na dalsze ściółkowanie.

Przez wspomaganie bioróżnorodności rozumiem w tym kontekście:
– znaczący udział ściółkowania ułatwiający życie owadom, ptakom i gryzoniom (niestety nie tylko przyjaznym), utrzymujący wilgoć w czasie suszy,
– brak użycia trucizn, nawozów sztucznych, pestycydów selektywnie niszczących florę i faunę,
– wybór roślin pod kątem warunków naturalnych i tworzenie zestawów roślin we wzajemnie wspomagające się gildie.

Myślę, że tegoroczne plony mimo przeciwności (długotrwała susza) wspomogła też w dłuższym okresie sprzyjająca pogoda. Nie było wiosną okresów długotrwałego zawilgocenia. Nie doświadczyliśmy nieprzewidzianych przymrozków na początku sezonu, a gdy pierwszy koszący pomidory mróz pojawił się dopiero pod koniec września, większość zdążyła już dojrzeć. Susza owszem była dramatyczna, ale udało nam się z powodzeniem wykorzystać nowy zbiornik i beczki na deszczówkę do podlewania większości upraw. Większość sadzonek przyjęła się dobrze i we względnym porządku – np. wspólna uprawa truskawek, ogórecznika, pomidorów, topinamburu. Dopiero pod koniec sezonu wkradła się lekka samowola – szczególnie truskawki uznały, że nie lubią rosnąć w równym rzędzie i rozpleniły się naokoło. No, ale ciężko się przejąć rozplenionymi naokoło truskawkami, uwielbiam!

Czytaj dalej

Pięć stref w projekcie permakulturowym

„Przyroda zawiera w sobie instrukcje działania zrównoważonego świata – do nas należy zapoznanie się nimi i ich zachowanie.” [Toby Hemenway, Ogród Gai]

Ostatnio coraz częściej porównuję zmiany wprowadzane przeze mnie w gospodarstwie z zasadami projektowania permakulturowego. Na początku, cztery lata temu, wydawało mi się, że potrzebnych w ogrodzie zmian jest tak dużo, że precyzyjne określanie projektu permakulturowego trochę mnie przerasta. Z jednej strony brak mi było podstawowej wiedzy o glebie i o uprawie czegokolwiek, a z drugiej strony wśród osób, które mi doradzały niewielu było praktyków permakultury.

Z czasem nabrałam trochę więcej luzu, no i umiejętności słuchania wartościowych rad. Wymyślam, zmieniam, czytam, rozmawiam, znowu zmieniam, i w ten sposób gospodarstwo ewoluuje powoli w stronę funkcjonalnej, a jednocześnie pięknej i bioróżnorodnej przestrzeni. Pomaga mi jak zawsze niezastąpiony podręcznik ‚Ogród Gai‚. W rozdziale o projektowaniu ogrodu autor przytacza jako jedną z centralnych zasad planowania metodę strefy i sektora. Przyjrzałam się więc różnym miejscom w mojej okolicy z perspektywy tej metody i spisałam trochę spostrzeżeń jak te strefy układają się w całość w Kompostelli.

Strefy w projekcie permakulturowym (od strefy 0 będącej naszym centrum, do strefy 5, w którą nie ingerujemy), to powiązane ze sobą małe elementy naszego otoczenia pełniące funkcje zależne od odległości od nas, od naszego domu. Sektory z kolei, to miejsca w naszym otoczeniu wyróżniające się ze względu na określone warunki naturalne (np. sektor słońca, sektor wiatru). Projektowanie permakulturowe można określić jako kreatywne układanie w całość tych elementów zgodnie z naszymi celami i potrzebami. Wykorzystanie poszczególnych stref i sektorów powinno nam zapewniać harmonijny ekosystem, jak najmniej ingerujący w środowisko naturalne. Projektowanie w oparciu o strefy i sektory może dotyczyć porządku na balkonie, uprawy ogrodu, dużego gospodarstwa, ale też z równym powodzeniem może dotyczyć tworzenia społeczności (fundacji, grupy na FB). To koncepcja uniwersalna, przydatna w wielu aspektach naszego życia.

Dzięki uwzględnieniu w projekcie stref i sektorów mamy szansę na stworzenie niepowtarzalnego miejsca lub tętniącej życiem społeczności. Pamiętajmy o kreatywności i intuicji w trakcie tworzenia naszej przestrzeni. I o tym, że powolna ewolucja jest bardziej zgodna z naturą niż gwałtowne zmiany, które mogą w przyszłości wymagać równie gwałtownych korekt.

Poniżej opisałam krótko główne cechy każdej z pięciu stref i podałam trochę informacji o tym jak każda z nich funkcjonuje w moim gospodarstwie. Do opisu dodałam zdjęcia ‚przed’ i ‚po’ pokazujące przemianę danej okolicy w ciągu ostatnich czterech lat. Dalsze przemiany w toku (lub w planach i marzeniach).

Strefa 1: to najbliższe otoczenie, przestrzeń społeczna, najintensywniejsza uprawa roślin i sadzonek. W tej strefie uprawiamy warzywa i zioła, których potrzebujemy najczęściej, ale też i takie, które potrzebują najwięcej naszej uwagi.

Czytaj dalej

Cześć pomidorkom

Jakoś zawsze myślałam, że pomidorki to nie ja, że nie umiałabym ich uprawiać, przecież wymagają dużo ciepła, wody i opieki, a najlepiej szklarni. Bardziej wierzyłam w swoje umiejętności w dziedzinie warzyw korzeniowych, dyni, cukini i ziół. A tu pewnego razu w zeszłym roku moja przyjaciółka przywiozła dwie sadzonki pomidorków koktajlowych. Pomyślałam sobie: jak też te biedaki przeżyją na moich puszczonych samopas grządkach ściółkowanych i mało co podlewanych? No ale zasadziłam. Było różnie, nie wyrosły jakoś szaleńczo, w sumie wcale nie wyrosły, ale walczyły dzielnie i dały po jednym zupełnie wymiarowym pomidorku koktajlowym.

To trochę potwierdziło moje obawy, że pomidorki to nie ja, ale jakaś tam iskierka błysła. Później w sierpniu dostałam od przyjaciela nadmiarową sadzonkę pomidora szklarniowego. Kulturalnie posadziłam na grządce pokrytej sianem z nieużytków, żeby się nie zmarnowała. I tu już nastąpiło coś więcej niż iskierka: pomidor wyrósł w ciągu miesiąca na półtora metra. Owoców dać nie zdążył, skosił go całkowicie pierwszy przymrozek, ale wtedy obudził się we mnie ogrodniczy tygrys: to na moim sianie rosną takie wielkie krzaki pomidorów? No to trzeba przetestować jak mi pójdzie uprawa na całej tej 20 metrowej grządce, a raczej na pasie siana rozwiniętego z balotów.

Kupiłam w Pomidorlandii ‚Zestaw pomidory gruntowe’, czyli nasiona 10 gatunków najodporniejszych na trudne warunki. Wiosną rosły najpierw w domu, potem była faza uprawy balkonowej, żeby miały jak najwięcej światła, a na koniec poszły w ślady zeszłorocznego pomidora solitera, zasadziliśmy je w dwóch rzędach na grządce siano-pas. Rośliny zupełnie dobrze zniosły suche lato i niewielkie możliwości podlewania (grządka jest daleko od zbiorników z deszczówką). Rosły wysoko oplatając się naokoło strzelistego topinamburu. Mam tylko podejrzenia, że owoce powinny być znacznie większe. Może zaszkodził brak wody, może brak czasu na sensowne przycinanie gałęzi dziczków i podwiązywanie sznurkami. Natomiast owoce są zdrowe, piękne i pyszne!

Ponieważ z góry wiedziałam, że nie będzie wystarczająco dużo czasu, żeby dbać o ten sektor uprawy, starałam się zestawić rosnące na nim rośliny w sposób wzajemnie wspierający się. Metoda się sprawdziła, rośliny, na których mi zależało rosną dobrze, nie widać szkodników ani chorób grzybowych. Zasadziliśmy w kolejności od strony słonecznej: rząd truskawek i czosnku, rząd ogórecznika, dwa rzędy pomidorów, rząd topinamburu i słonecznika. Słonecznik wyrósł jeden, no cóż. Ale za to topinambur zaszalał na ponad dwa metry każdy i stanowił świetne wsparcie dla pomidorów. Pomiędzy rzędami zasiałam trochę nawozu zielonego (gorczyca, proso i łubin). Jeżeli pojawiły się chwasty ochronne (np. krwawnik, ostropest) nie usuwałam chyba, że cień zbytnio padał na pomidory.

Czytaj dalej